Raporty Pileckiego, zwane czasem Raportami Witolda,  to nazwa raportów z obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau autorstwa rotmistrza Witolda Pileckiego, który w celu rozeznania co dzieje się w utworzonych przez Niemców obozach, zgłosił się na ochotnika, dał schwytać i osadzić właśnie w KL Auschwitz. Stworzył w obozie ruch oporu pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej (ZOW). Raporty są podsumowaniem działalności polskiego ruchu oporu w Auschwitz, a także pierwszym na świecie świadectwem dokumentującym Holokaust.

"Raport Witolda (1945)" jest częścią książki pt. "Ochotnik do Auschwitz. Witold Pilecki 1901-1948"

(ISBN 83-912000-3-5), wydanej przez Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin Oświęcimskich w 2000 roku. Książka składa się z dwóch części: pierwsza to praca badawcza dra Adama Cyry, znanego historyka zajmującego się historią Auschwitz-Birkenau. Praca stanowi najnowszy stan badań nad życiem i działalnościa rotmistrza W. Pileckiego. Druga cześć to raport o Auschwitz napisany przez W. Pileckiego w 1945 roku we Włoszech, który publikowany jest po raz pierwszy. Jest to przejmujący opis obozowych zdarzeń i losów ludzi w Auschwitz widzianych oczami wspóltowarzysza niedoli. Raport Pileckiego stanowi ważny dokument działalności polskiego ruchu oporu w Auschwitz.

Słowo wstępne: prof. Józef Garlinski z Londynu, były więzień KL Auschwitz.

 

Przejdź do - Raport "W"

Przejdź do - Raport "Teren S"

Przejdź do - Raport Witolda cz.1

 

Raport Witolda, część 2


Podobno paru zostawili żywych. Mówiono również, że kilkunastu zwiało. Przez Wisłę przepłynęło podobno kilku. Wiadomości były jednak bardzo sprzeczne. Faktem jednak jest, że w trzy lata później dowiedziałem się od Romka G., iż będący w tej paczce 125 (syn mego współpracownika w Warszawie), jakimś sposobem wtedy śmierci uniknął.

Wiedzieliśmy, że tak jak u nas niegdyś na blokach więźniowie cierpieli od wszy, tak w kobiecym lagrze, w odgrodzonych od nas blokach, panuje ogromne zapchlenie. Nie rozumieliśmy, skąd to pochodzi, skąd takie robienie różnicy przez te insekty dla płci więźniów. Okazało się potem, że niektóre z komand kobiecego lagru, chodziły do pracy do jakichś zapchlonych budynków i pchły przywlekły ze sobą na bloki. Te się w dobrych warunkach bardzo rozpanoszyły i przegnały dotychczasowych lokatorów białych. Wkrótce kobiety przeniesiono od nas, z bloków głównego obozu do Birkenau, gdzie w drewnianych blokach ginęły w straszliwych warunkach. Brak był wody na blokach, jak również ubikacji. Niektóre spały na ziemi, bo bloki z desek nie miały podłogi. Brodziły w błocie powyżej kostek, gdyż ani drenów, ani bruku nie było. Rano setkami zostawały na placu, nie mając już sił do pracy. Osowiałe, bez czucia te cierpiętnice, przestawały mieć wygląd kobiet. Wkrótce doznały "litości" władz lagrowych, idąc setkami do gazu. Zagazow ano wtedy ponad dwa tysiące tych istot, będących niegdyś kobietami.

Na opuszczonych przez kobiety blokach pozostała niezliczona ilość pcheł. Stolarze, którzy chodzili na te bloki, by przed wprowadzeniem tam znowu komand męskich naprawić jakieś uszkodzenia w oknach lub drzwiach, opowiadali o straszliwej pracy w tym państwie "brunetek", co skakały całymi rojami w opróżnionych blokach. Głodne, gwałtownie rzucały się na przybyszów, gryząc ciało w cętki jedne przy drugich. Nic nie pomagało. Żadne zawiązywanie nogawek przy kostkach bądź końców rękawów, więc stolarze od razu zrzucali ubrania, kładąc je gdziekolwiek w bezpiecznym od pcheł miejscu, nagie ciało broniąc stałym opędzaniem się, jak zwierzęta pasące się w polu. A one skakały po podłodze rojami i gdy się spojrzało na nie pod słońce, miało się wrażenie oglądania wielu fontann.

W naszym obozie mieliśmy już wtedy na wszystkich blokach ubikacje i ładne łazienki. Kanalizacja, wodociągi - wszędzie już były. W piwnicach trzech bloków pracowały motopompy, zaopatrujące cały lagier w wodę. Wielu więźniów oddało życie przy budowie tych wszystkich udogodnień.

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

"Zugang", który przyjeżdżał do obozu teraz, od razu tu wchodził w warunki odmienne od tych, w które nas niegdyś zamknęli, "kończąc" również brakiem możliwości mycia lub spokojnej chwili w jakiejś ubikacji. I teraz był tu stróż porządku, któremu niejeden zazdrościł posady. Siedział on w ubikacji i zajadał zupę; zawsze miał repetę i choć miejsce na posiłki wydawałoby się jakieś dziwne, on się tym wcale nie wzruszał. Spokojnie zajadał, przyspieszając krzykiem czynności więźniów w pięknej ubikacji.

Kobiety przeniesione z takich warunków, jakie były już na naszych blokach w roku 1942 do warunków prymitywnych w Brzezince bardzo to odczuły.

Przeniesiono kobiety, lecz wysoki płot, zbudowany wiosną dla odgrodzenia nas od płci odmiennej, pozostał nadal do czasu zdezynfekowania całego obozu. Pchły jednak dały sobie radę z płotem. Nie wszystkie, lecz te bardziej przedsiębiorcze po sforsowaniu w jakiś sposób muru rzuciły się na nasz obóz, znajdując tu na blokach masę pożywienia.

Tymczasem w łyżkarni sytuacja tak się przedstawiała, że trzeba było myśleć o innej pracy, bo łyżek już zrobiono wiele tysięcy i można było przewidywać, że wkrótce komando nasze rozwiążą. Wtedy na skutek wpływów moich przyjaciół 111, 19 i 52 zrobiono mi miejsce przy warsztacie stolarskim wśród wybranych stolarzy (dawno kiedyś, przez Konrada). Na razie pracowałem z mistrzem-stolarzem 111 przy jednym warsztacie, lecz gdy 111 i 127 zachorowali kolejno na tyfus, zostałem sam przy warsztacie i udawać miałem stolarza-fachowca, odpowiedzialnego za pracę warsztatu.

Kapo był nowy, który po śmierci wariata "Hulajnogi" (tyfus) objął komando stolarzy w garbarni. Pozycja moja stała się trudna. Dostawałem rysunki na obstalowane meble, które musiałem sam stworzyć z drzewa. Jakkolwiek robiłem tylko dwanaście dni, sam jeden pracując przy tym warsztacie, przyznam się, że nerwowo zmęczyłem się bardzo. Nie mogłem podpaść, a nie byłem fachowcem. W każdym razie szafę składaną robiłem i chociaż na jej wykańczanie przyszedł do mego warsztatu pierwszorzędny majster 92, jednak przez tych dwanaście dni udało mi się bez wpadki wobec kapryśnego, lecz głupiego kapa, udawać majstra-stolarza. Nie byłem przecież w stolarce zupełnym nowicjuszem (resztę trzeba było nadrobić sprytem), lecz przyjście 92 do mego warsztatu, który on sobie obrał tendencyjnie, przyjąłem z prawdziwą radością.

Odtąd miałem więcej czasu, który poświęcałem wiązaniu tu "siatki", na uzgadnianie posunięć w pracy naszej organizacji, spotykając się z kolegami we właściwej garbarni lub pod pretekstem wyboru materiału w szopie, gdzie leżały deski, konferując z 50 i 106 na stosie nowych sienników, które tu sięgały pod sam dach. Przez szczeliny w dachu obserwowaliśmy ruchy Erika lub komendanta, jak z doskonałego punktu obserwacyjnego.

Tyfus dawał się nadal złośliwie we znaki i u esesmanów w koszarach zrobiono odwszenie. U nas na wszystkich blokach chorowali. Na naszej sali (siódma na 25 bloku) codziennie ktoś szedł do szpitala chory na tyfus. Wtedy mieliśmy już na dwóch jedno łóżko.

Pierwszy z naszej paczki zachorował pdch. 94, potem kpr. 91, później 71, następnie 73, 95, śpiący w jednym łóżku ze mną - 111, 93, w końcu (już trudno spamiętać kto po kim szedł do szpitala) prawie wszyscy kolejno się położyli. Bardzo wielu nie wracało wcale, jadąc w wozie pełnym trupów do krematorium. Codziennie parę znajomych twarzy można było widzieć wśród rzucanych jak drzewo na wóz ciał więźniów.

Na razie tyfus mnie nie brał.

Zjawił się u mnie dr. 2, proponując mi zastrzyk przeciwtyfusowy; szczepionkę dostał z "wolności", skrycie. Musiałem się jednak zastanowić, co robić, gdyż jeśli zostałem już przez wszy tyfusowe pogryziony (można było tak sądzić, bo spałem razem ze 111, który już zachorował, a od ugryzienia do pierwszej gorączki mijało zwykle kilkanaście dni) to w takim wypadku nie wolno było szczepionki stosować, bo mogło to skończyć się śmiercią. Nie byłem jednak zarażony, więc na zastrzyk szczepionki się zdecydowałem.

Z naszej paczki stającej na apelu na czele bloku, z trzydziestu chłopa wkrótce zostało siedmiu, może ośmiu. Reszta umarła na tyfus. Z pracowników naszych zginęli: dzielny "Wernyhora" - 50, a także 53, 54, 58, 71, 73, 91, 94, 126 i nieodżałowany przyjaciel - 30. Zresztą czy mogę o kimś jednym pisać, że jest "nieodżałowany" - wszystkich żałowałem. Kpt. 30 bardzo starałem się ratować. Był zawsze wesół, ludzi podtrzymywał własnym humorem i miską repety; koło niego żyło zawsze szereg ludzi. Przed samym tyfusem dostał nagle zakażenia krwi, które udało się zlikwidować: dr. 2 zrobił mu szybko operację ręki i niebezpieczeństwo usunął. W tydzień później dostał tyfusu, poszedł na blok 28, gdzie leżąc parę dni, gościnnie zapraszał kolegów, by jedli jemu przynoszone smakołyki z "kanady". Mówił wtedy głośno: "Bóg dał, dobrzy ludzie przynieśli, więc jedzcie!". Miał wielką gorączkę, a mimo to gadał, z humorem opowiadał o tym, że musi żyć, że choćby z głową pod pachą, wyjdzie z Oświęcimia, bo przeszedł straszne rzeczy w Hamburgu i że ze swoją Jasią jeszcze się zobaczy. I tak, mówiąc ciągle, dostał zapalenia opon mózgowych. Przeniesiono go na blok 20. Robiono mu punkcje. Opiekę miał troskliwą, lecz nic już nie pomogło. Wyszedł z Oświęcimia - jako dym z komina.

Mam od niego polecenie: "Isjago". Kto to zrozumie, niech się do mnie zgłosi.

Był więc rozchód u nas (lato 1942 r.), lecz był również i przychód. W tymże czasie do organizacji naszej doszli nowi koledzy, chociaż niektórzy z nich siedzieli już dawno w obozie: 128, 129, 130, 131, 132, 133, 134, 135, 136, 137, 138, 139, 140, 141, 142, 143, 144.

Pracowałem przez parę tygodni na bloku, nie chodząc do stolarni wcale, korzystając z przyjaznego ustosunkowania się do mnie blokowego 80, który już przedtem nieraz mnie w trudnych momentach ochronił. Dawał on mi na bloku prace artystyczne, tłumacząc się przed władzami potrzebą kancelaryjnych napisów na księgach bloku. Malowałem obrazy z życia obozu: pobieranie zupy przez repeciarzy, wieczorny przegląd nóg z biciem na stołku. Z kolorowych papierków zrobiłem coś w rodzaju wycinanki-obrazu, czy też naklejanki. Wyszło to nieźle, bo nawet gdy Palitzsch w miesiąc później przyszedł raz na blok, gdy mnie już tam nie było, wszystkie obrazki poniszczył, tłukąc szkło w kawałki i niszcząc nawet ramy, lecz naklejankę moją kazał sobie dać.

Rozpoczęło się nowe odwszawianie obozu. Pewnego dnia, było to pomiędzy 20 a 25 sierpnia 1942 roku, jak zawsze w ostatnich czasach nie poszedłem do pracy i, siedząc w obozie, malowałem na bloku. Nagle spostrzegłem auta z większą ilością esesmanów, które zajechały do obozu, pod blok tyfusowy (blok 20, nowa numeracja). Esesmani szybko otoczyli blok. Przyznam się, że gdy patrzyłem na tę scenę, na chwilę zrobiło mi się zimno koło serca, a potem gorąco. Myślałem o innym powodzie tego najazdu esesmanów, lecz to co zobaczyłem również było straszne. Wyciągano chorych, pakując ich w auta. Chorzy, nieprzytomni i prawie już zdrowi rekonwalescenci, tacy, co to miesiąc temu chorowali, lecz jeszcze odbywali kwarantannę - wszyscy razem zostali wpakowani na auta i wywiezieni w kilku rzutach do komór gazowych.

Wywieziono wtedy wszystkich, którzy mieszkali na bloku 20, nawet zdrowych, którzy przedłużyli tu swój pobyt dla odpoczynku, za wyjątkiem "flegerów", których poznawano po ubraniu, gdyż od szeregu miesięcy cały personel szpitala nosił ubrania różniące się wyraźnie od naszych. Były to ubrania z białego płótna, z czerwonym lampasem malowanym farbą wzdłuż pleców i takimiż lampasami na spodniach.

Wtedy dr. 2 uratował szereg Polaków, każąc im się przebierać po paru kolejno w białe ubrania "flegerów", przedstawiając ich komisji SS jako doktorów pracujących przy chorych. Zwrócono mu uwagę wreszcie, że coś tych pielęgniarzy było za wielu. Ponieważ jednak na końcu wychodzili prawdziwi sanitariusze, których esesmani znali, jakoś się akcja udała.

Widziałem scenę, gdy esesman wrzucał na auto dwóch małych więźniów. Jeden ośmioletni chłopczyk prosił esesmana, by go zostawił. Ukląkł przed nim na ziemi. Esesman kopnął go w żołądek i wrzucił do auta jak szczenię.

Wszystkich tego dnia wykończono w kamerach gazowych w Brzezince. I potem palono przez dwa dni w krematorium, dowożąc wciąż więźniów z obozu. Bo nie skończyło się na bloku 20. Później brali z bloku 28, następnie z baraku drewnianego, co stał zbudowany na czas epidemii tyfusu pomiędzy 27 a 28 blokiem. A potem wybierali już z komand. Komisja chodziła, wybierając z normalnych bloków, gdzie mieszkały komanda. Wywozili do gazu wszystkich, co mieli spuchnięte nogi lub jakieś uszkodzenia ciała i robiących wrażenie słabych pracowników. Wzięli się też za "Schonungsblock" i wszystkich w lagrze "muzułmanów", których co prawda było mniej niż zawsze z powodu dopływu "kanady". Ci jednak, co byli "muzułmanami" pojechali do gazu "na odwszenie". Z gazu - przez krematorium - szli dymem z komina.

Ten nowy termin - "odwszenie życia" - znowu się przyjął w obozie.

Po transportach ludzi, którzy z wolności przyjechali, by oddać swe życie w gazie, pakowano również do gazu pozostałe stosy ubrań i bielizny rozwieszając je w osobnych komorach dla dezynfekcji, czyli dla właściwego odwszenia. Stąd "odwszeniem" nazywano czynności wprowadzania przedmiotu w strefę działania gazu, choćby był więźniem.

W kilka dni potem, 30 sierpnia, dostałem gorączki i łamania stawów; bolały mnie również łydki przy naciskaniu. To wszystkie prawie oznaki tyfusu. Brakowało tylko bólu głowy, lecz głowa mnie nigdy jeszcze w życiu nie bolała i nie znałem tego uczucia. Mam to, przypuszczam, w spadku po ojcu, który nieraz ze zdziwieniem mówił: "co to za durna musi być głowa, która boli!" Ponieważ jednak lekarze i koledzy mówili, że przy tyfusie głowa boleć musi, więc czekałem parę dni. Szczęśliwie, zawdzięczając blokowemu 80 możliwości pozostawania na bloku, do pracy nie chodziłem. Gorączkę już miałem ponad 39 stopni i trudno mi było stać na apelach. Do HKB jednak pójść nie chciałem, bo nie było żadnej pewności, że nie przyjadą znowu auta, nie wywiozą do gazu. Tym bardziej, że choroba w najlepszym razie, z konieczną kwarantanną, najmniej trwałaby dwa miesiące. Była to moja druga cięższa choroba w Oświęcimiu. Prócz tego parę razy w ciągu pobytu w obozie miałem temperaturę podwyższoną wskutek zaziębienia; na wolności przeszł oby to może w jakąś grypę, tu siłą woli czy może napięcia nerwów chorobę zwalczałem, chodząc do pracy.

Teraz jednak z dnia na dzień, szczególnie pod wieczór, czułem, że choroby "nie przechodzę" i że w ogóle na chodzenie brakuje mi sił. Nie wiem, co by było dalej, gdyby tak jak w pierwszym wypadku nie zadecydowało odwszenie. Wyczerpany już byłem tą gorączką trwającą kilka dni. Odwszenie przeszło już wszystkie bloki i teraz kolej była na nasz blok. Pomimo wieczornej gorączki do 40 stopni, na odwszenie się przygotowałem, pomagając sztubowemu, koledze 111, który wrócił szczęśliwie już po tyfusie. Gdy blok poszedł na odwszenie i pozostał tylko personel przenoszący inwentarz bloku, a za pół godziny mieliśmy pójść na odwszenie wszyscy, wtedy ja z wielkiego osłabienia (pamiętałem, jak ciężko mi było przejść kiedyś odwszenie w gorączce) nie czułem się na siłach. Droga była jedna - żeby tego uniknąć, trzeba było pójść do szpitala, skąd znowu mogli zabrać do gazu.

Wahałem się, lecz zjawił się dr. 2, który w nieprzepisowym czasie załatwił za mnie wszelkie formalności i umieścił mnie na bloku 28 (w szpitalu), w ostatniej chwili przed apelem wyciągając mnie ze stanu bloku 25. Gorączkę miałem do 41 stopni i poważne osłabienie - to był mój tyfus. Nieboląca głowa miała jednak tę zaletę, że nie traciłem wcale przytomności. Może przebieg choroby miałem łagodniejszy ze względu na szczepionkę?

Pierwszej nocy, którą spędziłem na bloku 28 był pierwszy nalot - parę samolotów oświetliło obóz i na Brzezinkę zrzucono dwie bomby. Możliwe, że chcieli trafić w krematorium, lecz akcja nie była poważna. Na nas jednak wpłynęła doskonale. Widzieliśmy chaos wśród esesmanów. Dwóch "postów", co stało na najbliższych wieżyczkach, zbiegło z nich w popłochu, gnali oni wzdłuż drutów tak, jakby głowy potracili. Od koszar biegli pod nasz obóz esesmani w bezładnej kupie, szukając się nawzajem. Niestety, był to nalot słabiutki i tylko jedyny w Oświęcimiu, przynajmniej za moich czasów.

Mój dwudniowy pobyt na bloku 28 nazywał się "czasem obserwacji". Tu specjalną serdecznością i troskliwą opieką otoczył mnie przyjaciel 100, który wszystkie wolne chwile poświęcał na to, by być przy mnie lub też przynieść cytrynę czy cukier. Przez niego także miałem kontakt z kolegami z pracy i wpływ na dalsze postępy organizacji. Wysypka jednak była tak widoczna, że przenieść mnie musieli na blok 20 o ponurej sprzed paru tygodni historii. Jeszcze na bloku 28 dr. 2 zrobił mi jakiś zastrzyk, po którym w kilka godzin temperatura spadła z 40 stopni na 37 z kreskami. Więc, gdy nazajutrz znowu zjawił się u mnie ze strzykawką, żartowałem, że jak teraz z 37 spadnie na 34, to chyba umrę, a zatem na zastrzyk zgodzić się nie mogę. Organizm mój na wszelkie zabiegi i lekarstwa reagował silnie.

Blok 20 po niedawnej wywózce wszystkich chorych do gazu znowu był pełny. Codziennie na podjeżdżające wozy rzucano ciała umarłych na tyfus jak polana drzewa. Nie wiem, czy o tym już wspominałem, że wszystkie ciała, które wieźli do krematorium, były nagie, bez różnicy w jaki sposób ludzie ci zmarli - na tyfus, inną chorobę, igłę Klehra, czy strzał Palitzscha.

Tutaj, na bloku tyfusowym, po wyniesieniu co rano trupów, już przed południem, a szczególnie wieczorem na korytarzu leżały znowu sine, nagie ciała, ponakładane jedno na drugie, robiące wrażenie jatek z chudym mięsem.

Po pierwszym dosyć swarliwym zetknięciu się z kolegą, co był tu lekarzem, już w parę godzin później odczułem dla niego życzliwość. Pełen poświęcenia, myślący wciąż tylko o chorych, przez cały dzień, dbając o wszystkich, biegał, mył, karmił, stosował zastrzyki; wtedy miałem go za doktora 145. Drugim dzielnym lekarzem tutaj był dobroduszny i jednocześnie energiczny kpt. dr. 146. Poza tym miałem nadal opiekę kolegi 100, przez jego przyjaciela 101, który miał tu wstęp jako pielęgniarz ze strzykawką lub pobierający krew do analizy.

Wśród administracji tego bloku na stanowisku magazyniera był tu członek naszej organizacji, młody mój przyjaciel, Edek 57. Od niego miałem, gdy zacząłem zdrowieć, dodatkowe obiady, słoninę i cukier. Poduszkę i koc z "kanady" dostarczył mi tu w porozumieniu z 76 - Kazio 39.

Zanim kryzys minął, w tej wielkiej półtrupiarni - gdzie obok ciągle ktoś rzęził przedśmiertnie, konał, wyłaził z łóżka, by upaść na podłogę, zrzucał swoje koce lub w gorączce rozmawiał z najdroższą matką, krzyczał, kogoś wzywał, nie chciał jeść lub żądał wody, w gorączce usiłował wyskoczyć przez okno, kłócił się z lekarzem lub go o coś prosił - leżałem, myśląc, że jeszcze mam siły, by wszystko to rozumieć i znosić w spokoju. Od samych tych wrażeń można już było zachorować, można też było nabrać wstrętu do takiej wędrówki człowieka i mieć pewnego rodzaju żal za niedoskonałością organizmu ludzkiego, czuć odrazę do samego stanu chorobowego. Toteż rosła we mnie przemożna chęć wyjścia stąd, jak najszybszego powrotu do sił.

Gdy minął kryzys, a mnie się zdawało, że mam już siły, by zejść po schodach, do ubikacji (przedtem korzystało się z prymitywnej, urządzonej dla chorych na sali), okazało się wtedy, że jestem tak słaby, iż muszę trzymać się ściany. Dziwne, że idąc po schodach, nie tylko nie miałem sił iść na górę, lecz tak samo trudno było schodzić. Siły wracały, jak mi się zdawało, w bardzo wolnym tempie. W czasie mego osłabienia parę razy koledzy byli gotowi - w razie ewentualnej wywózki do gazu - zanieść mnie gdzieś na strych i ukryć.

Kilka razy Klehr przechodził sale i wzrokiem bazyliszka wybierał kandydatów "na szpilę".

Poznałem tu i wciągnąłem do naszej roboty: 118, 146, 147, 148, 149.

Dr. 145 dawał wszystko z siebie na stanowisku tak dla niego odpowiednim, że nie było tu potrzeby ani wiązać, ani coś zmieniać. Wiedziałem, że na niego można liczyć.

Od czasu do czasu zjawiał się dr 2, przynosząc mi cytryny i pomidory, zdobyte jak zawsze "na lewo".

Stosunkowo szybko stawałem na nogi. I w czasie kwarantanny, schodząc na dziedziniec, rozmawiałem z przyjaciółmi przez kraty odgradzające blok "zapowietrzony". Przyjaciel 76 przychodził z nową informacją o gałęzi organizacji, którą świeżo powiązał, 61 - z projektem wyjścia na wolność przez podkop z bloku 28, zainicjowanym przez 4, a rozpoczętym przy pomocy 129 i 130; przyjaciel 59 - z propozycją scalenia nowych i podziału wszystkich naszych sił, a także wyznaczenia dowódców poszczególnych grup na stałe, czego chciał również i płk 121 (gdyż zaszły zmiany po ostatnim odwszeniu).

Wtedy opracowałem plan scalania i podziału w ten sposób:

Ponieważ po generalnym odwszeniu władze obozu ulokowały więźniów na blokach komandami, a więc odpadła potrzeba rozwiązywania planu zadań na moment opanowania obozu w dwojaki sposób (tzn. moment pracy i moment na blokach, w obozie), więc za podstawę wziąłem bloki.

Każdy blok to był pluton, tzn. ci, co do organizacji należeli i na tym bloku mieszkali, bez względu na pierwotne więzi organizacyjne stanowili od tej chwili szkielet plutonu, który w momencie "wybuchu" stałby się tak wielki, jak wielu zdołają za sobą porwać, unieszkodliwiając od razu element proniemiecki.

Blok X - więźniowie na parterze i blok Xa - na piętrze stanowiły razem dwuplutonową kompanię, mieszczącą się w jednym budynku, z dowódcą kompanii na miejscu. Kilka bloków-budynków stanowiło batalion.

Podzieliłem całość na cztery bataliony. Na dowódcę całości - w sensie akcji bojowej - zaproponowałem jak dotychczas mjr. 85.

Na dowódcę I baonu - mjr. 150 (bloki: 15, 17, 18).

Na dowódcę II baonu - kpt. 60 (bloki: 16, 22, 23, 24).

Na dowódcę III baonu - kpt. 114 (bloki: 19, 25, kuchnia oraz personel szpitala z bloków 20, 21, 28).

Na dowódcę IV baonu - kpt. 116 (bloki: 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10).

Od zorganizowania reszty bloków powstrzymałem się ze względów technicznych, gdyż były to albo dopiero obsadzone, jak: 1, 2, albo użyte na skład, jak: 3, 26 i 27, albo w trakcie wykańczania budowy, jak: 12, 13, 14, albo blok specjalny 11.

Plan ten odpowiadał płk. 121 i na takowy zgodził się.

W parę dni później wyszedłem ze szpitala na obóz. Miałem skróconą kwarantannę przez znajomych lekarzy, którzy w kancelarii zrobili (fikcyjne) przyjęcie moje do szpitala z datą wcześniejszą.

Był początek października 1942 roku. Do pracy poszedłem w pięciu setkach, jak zawsze - do garbarni, lecz nie do komanda stolarzy, gdzie pracowałem przed chorobą, tylko do komanda garbarzy (właściwej garbarni), zawdzięczając to przyjacielowi 59, który przedstawił mnie nowemu kapowi garbarzy, "Mateczce", jako garbarza, który był chory, a teraz powrócił do pracy. W garbarni, początkowo pracując w sąsiedztwie płk. 121 przy białym garbunku, potem dzięki przyjaznemu stosunkowi 59 i 61 przeniosłem się do suszarni, gdzie było ciepło, bo stał wielki, żelazny piec i udawałem przez cztery miesiące garbarza, zaprawiając się w tym nowym fachu.

Widok ogromnego dziedzińca garbarni mało się zmienił. Codziennie kilka aut przywoziło tu rzeczy pozostałe po zagazowanych ludziach celem spalenia ich w wielkim palenisku garbarni. Obuwia nie palono. Ogromną ilość najrozmaitszych butów, żółtych i czarnych, męskich i damskich, dziecinnych, różnych rozmiarów zrzucano co dzień z auta na wielkie piramidy. Powstało komando, które trudniło się dobieraniem butów tych do pary. Paleniem zwożonych na drugą kupę walizek, portfeli, damskich torebek, wózków dziecinnych i różnych zabawek trudnił się kto inny. Osobno odkładano kolorową wełnę, którą kobiety wiozły ze sobą tu na robótki. Tej nie palono; kto mógł, dekował, używając do robienia swetrów.

Wielki piec garbarni z fabrycznym kominem wszystko to pochłaniał - opał był darmowy, zwieziony pod samo nieomal palenisko. Ci, co to palili, mieli możność pogrzebać nieco w walizkach. Czasami ktoś z garbarni dopadał kupy walizek przed piecem, gdyż z dziedzińca było dosyć trudno zabrać ze względu na możliwość wejścia w pole widzenia Erika lub Waltera. I znowu widziałem, jak pod wpływem chęci posiadania złota czy drogiego kamienia, rozpruwano walizki, torebki, teczki, szukano w butach, kremach i mydłach. Z papierów brano tylko dolary. Po całym dziedzińcu latały, gnane wiatrem jak liście jesienne, banknoty, przeważnie franki francuskie. Tych nikt nie ciułał, tym bardziej wobec niebezpiecznej rewizji na bramie. Wydawały nam się zupełnie niepotrzebne. Używane były tylko w ubikacji.

Garbarze - koledzy - arystokracja - ze wszystkich komand, przez jakiś czas brali, idąc do ubikacji - jednorazowo nie mniej niż 50 tysięcy franków. Żartowano wtedy, że mniej nie wypada - mogli by uważać człowieka za skąpca.

Najtrudniej jest pisać o sobie. W stopniu przedtem niespotykanym nawet dla siebie przechodziłem obok złota i kamieni obojętnie. Dziś, pisząc o tym znowu, na ziemi, staram się dokładnie zanalizować, dlaczego? Była to własność już raczej niczyja, tak tłumaczyli sobie więźniowie. Z tym tłumaczeniem nawet się wtedy zgadzałem. Lecz przede wszystkim nie mogłem się wyzbyć odrazy do rzeczy, w moim pojęciu, jednak krwią splamionych, a poza tym, nawet jeśli bym się przemógł, nie widziałem sensu, po co bym to miał robić. Dziwnie dla mnie te przedmioty straciły wartość. A nawet więcej - wtedy byłem w takim jakimś okresie (czy to pod wpływem przeżyć, czy wymogów wiary, bo stale i zawsze byłem wierzącym), że naprawdę dla mnie cenniejsze było zadowolenie z siebie, niż jakiś tam kamyk... Dość, że gdybym się wtedy do wzięcia tego złota czy brylantów zmusił, czułbym, że spadam ze szczytów, na które wspiąłem się tak trudną drogą. Poza tym pierwszą, zasadniczą przeszkodą do szukania złota było nieomal namacalne uczucie, ż e robiłbym sobie jakąś wielką krzywdę. Tak wtedy czułem, a kto wie, czy i teraz, gdybym się znowu znalazł w podobnej sytuacji postąpiłbym inaczej?

Różni koledzy różnie do tego podchodzili. Mnie na razie pieniądze były niepotrzebne, lecz kiedy znacznie później chciałem uciec z obozu i pieniądze na drogę mogły się przydać, to zwróciłem się do jednego z więźniów, mówiąc, że możemy wyjść razem i pytając, czy ma pieniądze na wszelki wypadek. Powiedział, że obliczy, co uzbierał i odpowie mi jutro. Nazajutrz powiedział, że ma złota przeszło kilogram. Lecz tak się stało, że wyjście z nim mi się nie ułożyło. Wyszedłem z takimi, co właśnie złamanego szeląga przy duszy nie mieli. Jest to jednak historia znacznie późniejsza - na razie wyjść jeszcze nie zamierzałem, czekając na moment najciekawszy w obozie, ku któremu cała praca była skierowana.

Opanować obóz mogliśmy od paru miesięcy nieomal codziennie. Czekaliśmy na rozkaz, rozumując, że bez takowego, chociaż byłby to piękny fajerwerk, i dla świata i dla Polski niespodziewany, i że nie możemy pójść na to, kierując się tylko własną nadzieją, dla której panu X czy Y taka rzecz się udała. Nie wolno nam bez komendy pójść na takie ryzyko.

A pokusa nękała codziennie. Rozumieliśmy jednak dobrze, że byłoby to potwierdzeniem naszych wad narodowych sprzed wieków. Wykwit ambicji, prywata, za którą represje mogły być potem wielkie na całym Śląsku. Tym bardziej, że wtedy jeszcze trudno było przewidzieć, jak się potoczą wypadki.

Mieliśmy ciągle jeszcze wielką nadzieję, że będziemy mogli odegrać rolę jako zorganizowana część w skoordynowanej z całością akcji. W tamtą stronę szły nasze meldunki, z którymi polecone było dotrzeć do samego komendanta. Z obawy przed możliwością nieostrożnego kroku gdzieś na wolności, należało unikać w przekazywaniu meldunków wszelkich pośredników. Nie byliśmy pewni, jak głęboko sięga wywiad niemiecki w nasze komórki u góry, może nawet w stojące na czele całej Konspiracji w Polsce. Była zawsze obawa, że gdy wywiad niemiecki rzecz przewącha - rozwalą tutaj w obozie najenergiczniejsze jednostki.

W tym stanie rzeczy przyszło do obozu echo pacyfikacji Lubelszczyzny. Najprzód wśród palonych rzeczy i gorszych, podniszczonych butów pewnego dnia znaleziono buty, wiejskie, wielkie i małe, potem - ubrania polskich chłopów, książeczki do nabożeństwa w języku polskim i proste, wiejskie różańce.

Wtedy przeszedł pomruk przez nasze "piątki". Zaczęto stawać grupkami. Pięści zaciskały się niecierpliwie.

Były to rzeczy przywiezione po naszych, polskich rodzinach zagazowanych w komorach w Brzezince. Po pacyfikacji Lubelszczyzny (mówili nam koledzy z Rajska), przywieziono tu, do gazu, ludność z kilku polskich wiosek. Tak już jest na świecie i trudno na to poradzić, kiedy palono rzeczy ludzi przywiezionych tu gdzieś z zagranicy, choć zawsze to dla nas było potwornym dziełem i w garbarni, gdzie buty, walizki przez szereg miesięcy stanowiły złowieszcze echo zbrodni, jednak teraz, gdy widziało się małe buciczki, kobiecą bluzkę, a między tym wszystkim różaniec, serca zabiły żywiej chęcią zemsty.

Z tych transportów lubelskich wybrano młodych chłopców od 10 do 14-15 lat. Wydzielono osobno, puszczono do obozu. Myśleliśmy, że się chłopcy uchowają. Lecz pewnego dnia, gdy przyszła wiadomość, że przyjeżdża jakaś komisja sprawdzająca stan obozu, żeby nie mieć kłopotu, nie tłumaczyć się przed nikim, skąd tacy młodzi więźniowie - zresztą może i z innych przyczyn - zaszpilowali tych wszystkich chłopców na bloku 20 fenolem. Wiele już widzieliśmy gór trupów w obozie, lecz ta góra z ciałek młodocianych, około dwóch setek, działała na nas, nawet starych więźniów, niebywale mocno, przyspieszając gwałtownie uderzenia serca.

W garbarni weszło do nas kilku nowych członków: 151, 152, 153, 154, 155. Jednocześnie stworzyliśmy w naszej organizacji komórkę planowania - doradczą, do której weszli pułkownicy 24, 122, 156.

Często było się świadkiem, siedząc w Oświęcimiu, jak któryś z kolegów dostawał z domu list, w którym go matka, ojciec bądź żona zaklinali na wszystko, by podpisał Volkslistę. Tyczyło się to początkowo przeważnie więźniów takich, którzy mieli nazwisko o brzmieniu niemieckim lub matki nazwisko było niemieckie, czasem jakieś pokrewieństwo itp.

Później władze coraz więcej robiły ułatwień, tak że ostatnio wcale nie potrzeba było żadnych brzmień niemieckich, ponad tę jedną chęć, zamazania polskiego sumienia - chyba że inne ważne względy były. Jakże często za to widziało się tam w "piekle" serdecznego chłopa, któremu brzmienie obce jego nazwiska nie przeszkadzało być godnym imienia Polaka.

Który z rozrzewnieniem mówił: "Tak. Kocham matkę, żonę, czy też ojca, lecz listy nie podpiszę! Zginę tu - wiem o tym... Żona pisze: Kochany Jasiu - podpisz... Nie! Niedoczekanie! Nikt kiedyś w przyszłości nie będzie mógł pluć moją polskość - choćby młoda - lecz twarda!"

Jakże wielu takich w Oświęcimiu zginęło...

...śmiercią ładną, bo wytrwali do ostatka na reducie zachowania polskiego sumienia...

czy wszyscy rodacy o nazwisku polskim na wolności będąc o swą polskość walczyli?

Jakże bardzo by się przydał aparat, który by mógł zrobić weryfikację sumienia polskiego, które u różnych - różnymi chodziło drogami, przez tych kilka lat od wojny początku.

W drugiej połowie października zauważyli koledzy (przybiegł z tym 41), że dwóch kapów o opinii najgorszych drani (poza kończeniem więźniów robiący donosy do wydziału politycznego i kierownika jego Grabnera) chodzą po obozie, jakby kogoś szukali, notując numery niektórych więźniów.

Pewnego dnia po południu, gdy szedłem z 22-go bloku główną drogą, spiesząc do kolegów w rejonie szpitala, spotkałem tych dwóch kapów przy bloku 16-tym.

Jeden szedł z notesem, drugi podszedł do mnie z fałszywym uśmiechem i zapytał: "Wo läufst du?" - ot tak, żeby coś powiedzieć i wskazał wyraźnie na mój numer pierwszemu, poczem zaraz odszedł. Tamten na mnie spojrzał i jakby się wahał - ponieważ poszli dalej, więc ja również poszedłem swą drogą myśląc, że to jakaś omyłka.

Dnia 28 października 1942 roku rano na apelu, w różnych blokach pisarze (Schreiber) zaczęli wywoływać numery więźniów mówiąc, że wywołani mają pójść do "Erkennungsdienst" dla sprawdzenia fotografii.

Wywołano razem dwustu czterdziestu kilku więźniów - wyłącznie Polaków - jak później stwierdziliśmy - przeważnie Lubliniaków, z dodaniem około czwartej części Polaków, którzy z lubelskimi transportami nic nie mieli wspólnego, zaprowadzili na razie na blok 3-ci, co nam już wydało się być podejrzanym, dlaczego nie od razu na blok 26-ty, gdzie mieścił się "Erkennungsdienst" - niby-powód wywołania.

Nas zawołał dzwon do "Arbeitskommando", a potem normalnie wyszliśmy za obóz, dążąc każde komando w swym kierunku do pracy.

W pracy na wszystkich komandach wrzało wśród kolegów - nie wiedzieliśmy na razie czy im coś grozi.

Później rozeszła się skądś wieść, że mają być rozstrzelani. Dwustu czterdziestu chłopców - przeważnie zdecydowanych Lubliniaków, do których dodano chaotycznie - widocznie wybierając po obozie przez "piesków" Grabnera numery tych, co ruchliwością, swoją energią rzucali się w oczy.

Czym się właściwie kierowano, nie dowiedzieliśmy się nigdy, może tylko "widzimisię" dwóch drani decydowało.

Nazywało się to jednak "pacyfikacją Lubelszczyzny", która takim echem odbiła się w obozie.

Znalazł się właśnie w ich szeregach dzielny 41 (z Warszawy), który pierwszy z wiadomością o spisywanych numerach przyleciał.

Na razie nie wiedzieliśmy, czy ich rozstrzelają - myśleliśmy, że może to tylko plotka.

Tak wielkiej ilości więźniów naraz nigdy dotychczas nie rozstrzelali. Męczyła nas maska pozornej bierności, gdy byliśmy gotowi - pragnęliśmy akcji. W górze organizacji nieomal gryźliśmy palce gotując się na wszelki wypadek do rozgrywki.

Gdyby wśród tamtych wybuchł bunt i opór, wtedy byśmy wszyscy przystąpili do akcji.

Bunt by rozpalił szeregi - byłby to vis maior, który by nam rozwiązał ręce.

Po drodze do obozu naszych pięć setek zdrowych warsztatowców miało biuro budowlane, a pod nim magazyn zapasowy broni.

Zresztą wtedy nie było to trudne - chłopcy się palili. Na śmierć każdy zawsze był gotów, ale przedtem krwawo byśmy odpłacili katom. Tych dziewięć marnych wieżyczek i z głównej wartowni, dwunastu zaledwie "gemeinów", którzy podczas eskorty nosili karabiny na pasach przyzwyczajeni do naszego spokoju, a brali je do ręki dopiero przed obozem, w obawie przed władzą.

Żeby chociaż jakimś cudem z Warszawy przyfrunęło jedno słowo: można, i to dzisiaj, by ratować tamtych.

Tak, to były mrzonki...

Czy ktoś wiedział, myślał? Pewnie z oddali można powiedzieć, że to był tylko fragment polskiego cierpienia. A jednak jakże wtedy było nam ciężko, gdy po południu przyszła wiadomość, że wszystkich - spokojnie, bez przeszkód - rozstrzelali.

Nieraz między sobą w dniu, gdy była rozwałka, omawialiśmy wieczorem, kto jak umierał - czy szedł odważnie, czy lękał się śmierci.

Koledzy zamordowani 28 października 1942 roku wiedzieli o tym, co ich czeka. Na bloku 3 powiedziano im, że będą rozstrzelani; rzucali kartki kolegom, co mieli jeszcze żyć z prośbą o przekazanie rodzinom. Postanowili umrzeć "na wesoło", żeby wieczorem o nich dobrze mówiono. Niech mi kto powie, że my, Polacy, tego nie potrafimy... Ci, co widzieli ten obrazek, mówili, że nigdy go nie zapomną. Od bloku 3, pomiędzy 14 i 15, pomiędzy kuchnią a blokami 16, 17 i 18, i dalej prosto między blokami szpitala, szli kolumną w piątkach, głowy spokojnie nieśli wysoko, miejscami - uśmiechnięte twarze. Szli bez eskorty. Za nimi Palitzsch z karabinkiem na pasie i Bruno; obaj, paląc papierosy, rozmawiali o sprawach obojętnych. Wystarczyło, by ostatnia piątka zrobiła w tył zwrot, a tych dwóch oprawców przestałoby istnieć.

Czemuż szli więc? Lękali się o siebie? Czegóż mieli się lękać w takiej chwili, gdy i tak szli na śmierć? Wyglądało to już na psychozę. Lecz oni szli, bo mieli w tym swoje racje. Zapowiadane przez władze, potwierdzane przez kolegów przyjeżdżających z wolności, wieści o tym, że za wybryk aresztowanego odpowiadała cała rodzina robiły swoje. Wiadomym było, że Niemcy w stosowaniu represji są bezwzględni i uśmiercają rodziny, wykazując w takich wypadkach bestialstwo, na jakie ich tylko stać. Jak wygląda bestialstwo? - któż od nas lepiej wiedział.

Widzieć lub tylko wiedzieć, że matka, żona, dzieci znalazły się w takich warunkach, jak tu kobiety w Brzezince, wystarczyło do paraliżowania wszelkich chęci rzucenia się na oprawców.

Co innego cały obóz. Opanowanie, zniszczenie akt... Kto by miał odpowiadać? Trudno by było sięgnąć po dziesiątki tysięcy rodzin naraz. A i to po dłuższych rozważaniach uzależniliśmy przecież od rozkazu ze względu na możliwość represji, ze względu na chęć skoordynowania akcji. Przyzwyczajonym do śmierci, z którą kilka razy stykało się codziennie, łatwiejsza była myśl o śmierci własnej, niż myśl o strasznym ciosie w najdroższe nam osoby. Nawet już nie tylko ich śmierć, lecz te okropne przeżycia, zabieranie twardą, bezwzględną ręką ukochanych istot z tego świata, złamanie ich psychiki i wtrącenie w świat inny, w świat piekła, do którego nie wszyscy łatwo przechodzą... Myśl, że stara matka czy ojciec ostatkiem sił brnie gdzieś po błocie, szturchani i bici kolbą z przyczyn syna... Lub, że dzieci idą na śmierć do gazu z powodu swego ojca, było o wiele ciężej, niż myśleć o własnej śmierci. A nawet jeśli był taki, dla którego był to poziom zbyt wysoki, to jednak szedł wiedziony przykładem innych. "Wstydził się " - to za słabe słowo; nie mógł wyłamać się z kolumny o pięknej postawie, tak hardo na śmierć idącej!

Więc szli... Koło kantyny (drewniana na placyku za blokiem 21), idąca drogą pomiędzy blokami 21 a 27, kolumna, jakby się zatrzymała, zawahała, omal, że nie poszła prosto. Lecz był to jeden, krótki moment, skręciła pod kątem prostym w lewo i poszła już na bramę bloku 11 wprost w paszczę śmierci. Dopiero gdy zamknęła się za nimi brama i pozostawiono ich w tym bloku na kilka godzin - rozstrzelać ich miano po południu - pod wpływem oczekiwania na śmierć wyłazić zaczęły z zakamarków różne wątpliwości i znalazło się pięciu kolegów, którzy namawiali do opanowania całego obozu, do rozpoczęcia tu akcji. Zabarykadowali bramę i może doszłoby do czegoś poważniejszego, gdyż Niemcy wcale nie wzmocnili straży, a nasze wszystkie komanda oczekiwały tylko znaku, gdyby nie to, że protest przeciwko śmierci nie wyszedł wcale poza blok 11. Poza tą piątką nikt nie dał się porwać, a Ślązak, funkcjonariusz tego bloku, zawiadomił esesmanów o zarzewiu buntu i na bloku zjawił się Palitzsch w asyście paru esesmanów i rozprawili si ę z tymi kilkoma więźniami, zabijając ich pierwszych, a resztę zostawiając na później.

Zyskali tylko u nas opinię, że zginęli w walce (kpt. dr. 146, kolega 129 i trzech innych kolegów).

Po południu wszyscy nie żyli. Z naszej organizacji oprócz wspomnianych już przedtem, zginęli w tym dniu koledzy: 41, 88, 105, 108, 146; lecz byli tacy z organizacji, których nie podaję, gdyż nie wszystkich się osobiście znało, byłoby to niemożliwe w pracy konspiracyjnej.

Po powrocie z pracy do obozu czuło się w powietrzu zapach krwi przyjaciół. Postarali się przed naszym przyjściem wywieźć już ciała do krematorium. Cała droga naznaczona była krwią, która ciekła z wozów, gdy ciała ich wieźli. Wieczorem tego dnia cały obóz przygnębiająco przeżywał śmierć tych nowych ofiar.

Dopiero teraz zrozumiałem, że omal nie znalazłem się na liście wyczytanych w tym dniu rano numerów. Przypominając sobie tych dwóch kapów zapisujących numery, nie wiedziałem, czy nie zostałem zapisany przez tego z notesem, bo nie wyglądałem na niebezpiecznego więźnia, czy może wśród zapisanych w nadmiernej ilości numerów Grabner potem wybierał, odrzucając takich, co nie mieli tu spraw.

Przywieźli nowy transport więźniów z Pawiaka, z Warszawy, wśród których przyjechali moi przyjaciele i niegdyś współpracownicy w TAP w Warszawie: ppor. 156, 157, 158. Przywieźli oni ciekawe dla mnie wiadomości. 156 opowiadał mi, jak dotarł do Warszawy z Oświęcimia 25 i jak potem on go sam odwoził do pracy autem do Mińska Litewskiego. Natomiast 158 opowiadał mi ze szczegółami, jak na wiadomość ode mnie przesłaną przez sierż. 14 w sprawie grożącego nadesłania niewygodnych dla mnie danych z ksiąg metrykalnych z miejscowości Z., szwagierka moja pospieszyła do niego. Poczciwy przyjaciel 158 tego dnia wsiadł do pociągu i pojechał do miejscowości Z., gdzie w parafii rozmówił się z księdzem, tłumacząc mu o co chodzi. Ksiądz zanotował ołóweczkiem w księdze koło właściciela mojego obozowego nazwiska i obiecał sprawę pomyślnie załatwić. Co widocznie i zrobił, bo w sprawie mojej była w wydziale politycznym cisza.

Kolega 156 pokazał mi wśród nowo przybyłych do obozu kpt. 159 z Komendy Głównej w Warszawie - był to zastępca "Iwo 11". Jeden z członków naszych 138 znał kpt. 159 osobiście, będąc niegdyś jego podkomendnym, a obecnie będąc tu blokowym, łatwo roztoczył nad nim opiekę (kolega 156 razem z pracującym już tam 117 przygarnął do pracy 76). Odtąd dwaj TAP-owcy pracowali i mieszkali razem.

Z członków TAP, których znałem niegdyś w Warszawie przeszło przez Oświęcim: 1, 2, 3, 25, 26, 29, 34, 35, 36, 37, 38, 41, 48, 49, 85, 108, 117, 120, 124, 125, 131, 156, 157, 158. Z powodu, że 129 był rozstrzelany, a 130 zmarł na tyfus, niemożliwym było kontynuować rycie podkopu z 28 bloku. "Podkop" nie wpadł, w innej sprawie aresztowano 5.

Późną jesienią 1942 roku, gdy do kopcowania ziemniaków użyci zostali blokowi, to i 4 chodził również daleko do pracy przy ziemniakach w polu. Zdezorientowany esesman z wydziału politycznego, Lachmann, przyszedł po niego w jakiejś sprawie, lecz 4 był nieobecny. Lachmann zawrócił i odszedł. Koledzy szybko się zorientowali, wpadli do pokoju 4, który jako blokowy 28 bloku miał swój pokój i usunęli wiele takich przedmiotów, które by jeszcze więcej skomplikowały sprawę.

Ktoś musiał puścić farbę...

Lachmann doszedł tylko do bramy i jakby tknięty czymś wrócił i zrobił gruntowną rewizję pokoju 4, ale już nic nie znalazł. Na 4 jednak już czekał i zaraz po przyjściu jego z pracy wieczorem, aresztował go, zaprowadził do bunkra i 4 już więcej na blok 28 nie wrócił. Był badany na bloku 11, w bunkrach i w wydziale politycznym. Chociaż ostatnio 4 miał pewną przykrą manię, lecz trzeba mu oddać sprawiedliwość, że dzielnie znosił tortury-badania w bunkrach i nie powiedział ani słowa, choć wiedział bardzo wiele. Na nim się urwało. Stało się, że zachorował na tyfus i przeniesiony został z bunkra na blok tyfusowy. Trzeba samemu przejść pewne stopniowanie, by zrozumieć, że tak jak dla więźniów znajdujących się w obozie przestrzeń za drutami była wolnością, tak dla siedzącego w bunkrze wolnością był teren obozu. Wydostanie się więc z bunkra - chociaż w stanie chorobowym - na blok tyfusowy było dla niego namiastką namiastki wolności. Lecz i tu stale prawie asystował mu esesman. Lachmann nie dawał za wygraną. 4 jed nak miał twardy charakter i silną wolę. Pewnej nocy przestał żyć...

Wspomniani już koledzy, którzy przyjechali z Warszawy (156, 157, 158) mówili, że nie spodziewali się zastać w Oświęcimiu tak dobrego stanu duchowego i fizycznego więźniów. Oświadczyli, że nie wiedzieli nic ani o sposobach tutejszego katowania, ani o "ścianie płaczu", ani o fenolu, ani też o komorach gazowych. Oni sami nie myśleli - i w ogóle w Warszawie nikt poważnie nie myślał - o Oświęcimiu jako placówce o pewnej sile, że raczej mówiło się, że to już są tylko kościotrupy, których ratować nie warto, bo się nie opłaci. Gorzko było tego słuchać, patrząc na dzielne sylwetki kolegów. Więc tu idą na śmierć wartościowi ludzie i giną tylko dlatego, by nie narazić kogoś na wolności, a tam o ileż słabsi ludzie mówią o nas z lekceważeniem jako o kościotrupach. Jakiego samozaparcia trzeba, by nadal ginąć, żeby oszczędzić braci bawiących na wolności. Tak, zbyt silnie uderzały w nas wszelkie metody niszczenia w obozie, a tu jeszcze taka ocena z wolności i to stale ignorujące milczenie...

Cztery bataliony miały podzieloną służbę w ten sposób, że każdy batalion przez tydzień był służbowym, tzn. że jego zadaniem było wystąpienie w razie jakiegoś nalotu, zrzutu broni. Do niego też szły przez tydzień wszelkie zorganizowane artykuły dostarczone tu przez 76, 77, 90, 94, 117, dzielił także między szkieletowe plutony żywność i bieliznę.

Pomimo nie tyle zakazu - bo cóż znaczył zakaz dla więźnia - co kary śmierci, handel złotem i brylantami rozwinął się w obozie ogromnie. Powstała cała jakby organizacja, bo dwóch więźniów, którzy mieli ze sobą jakiś interes - zamianę towaru, np. kiełbasy z rzeźni na złoto - byli już związani z sobą, gdyż jeden złapany ze złotem, bity w bunkrze, mógł sypnąć tego, od kogo dostał i za co. Zaczęły się coraz częstsze aresztowania w obozie za złoto. Esesmani gorliwie tropili tę nową organizację, gdyż dawała im dochód. W każdym razie "organizacja złota" była dla nas doskonałym piorunochronem. Dochodzenie postępujące po śladach do nas przeważnie zbaczało i wchodziło ostatecznie na drogę do "organizacji złota" i potem tak już się gmatwało, a esesmani tak byli zadowoleni z nowego źródła dochodu, że nie chcieli w innym kierunku czynić wysiłku.

Pisałem już, że przyglądaliśmy się "zugangom", gdyż nigdy nie wiadomo było, co taki kolega z wolności zrobi, lecz i nasi starzy więźniowie czasem robili niespodzianki. A mianowicie przez lekkomyślność jednego z naszych przyjaciół, uświadomiony zbyt szeroko 161, typowy schizofrenik, pewnego dnia namalował dwa dyplomy honorowe na "odznakę podwiązki" za pracę niepodległościową na imię płk. 121 i kolegi 59. Mnie oszczędził na skutek interwencji tego przyjaciela. I z dyplomami zwiniętymi w rulony szedł w porze obiadowej przez plac obozu, by pochwalić się swym wyczynem w szpitalu. Mógł być zatrzymany przez esesmana lub jakiegoś kapo i zapytany wprost, co niesie, i mógł narazić kolegów na wielkie komplikacje, a może i szersze grono. Pokazał dr. 2 mówiąc o mnie, że tylko ja mam głowę itp. I dlatego dla mnie nie namalował "dyplomu". Dr 2 przy pomocy dra 102 udało się dyplomy mu odebrać i zniszczyć. 161 był jednak niepoprawny i pewnego razu ciemnym wieczorem wywołany zostałem przez kolegę 61 z bloku 22, który mn ie podprowadził do jakiegoś esesmana. Okazał się nim właśnie 161 przebrany w mundur i płaszcz esesmański. Potrafił to wykorzystać w zmontowanej wkrótce po tym ucieczce.

Przyszły święta Bożego Narodzenia - trzecie w Oświęcimiu.

Mieszkałem na bloku 22 razem z całym komandem "Bekleidungswerkstätte". Jakże inaczej wyglądały te święta niż poprzednie. Więźniowie otrzymali, jak zawsze na Boże Narodzenie, paczki z domu ze swetrami, lecz prócz paczek odzieżowych również - nareszcie zezwolone przez władze - paczki żywnościowe. Głodu z powodu "kanady" już nie było w obozie. Paczki jeszcze bardziej stan żywnościowy poprawiły. Wiadomości o większych niepowodzeniach wojska niemieckiego podnosiły więźniów na duchu i radykalnie poprawia humory.

W tych nastrojach wesołym echem odbiła się ucieczka (30.12.1942 r.) zorganizowana przez Mietka - Arbeitsdiensta, Otto - Arbeitsdiensta, 161 i ich czwartego partnera. Zuchwale zmontowana ucieczka, ułatwiona przez to, że Arbeitsdienstowie mogli się poruszać pomiędzy małym a wielkim łańcuchem wart, ze sprytnym przebraniem się 161 za esesmana i bezczelnym wyjechaniem w biały dzień wozem z końmi za obóz, za podrobioną przepustką, koło posta, któremu domniemany esesman pokazał ją z daleka, miała ten zasadniczy smaczek dla wszystkich więźniów obozu, że na skutek znalezionego listu napisanego przez Otta, starszego obozu Bruna, więźnia nr 1, osławionego kata, władze zamknęły na sylwestrową noc do bunkra.

Wróg Bruna, Otto, pisał w liście, który zostawił rozmyślnie w płaszczu, na wozie porzuconym w odległości kilkunastu kilometrów od obozu, że szkoda bardzo, że nie mogą Bruna zabrać ze sobą tak, jak się umówili, bo nie mają czasu i muszą spieszyć, a to wspólne złoto, co ma Bruno, trudno, niech już zostawi sobie. Znane z lotności umysłu władze, zamknęły naszego kata, Bruna, do bunkra, gdzie siedział trzy miesiące. Miał lepiej niż każdy z więźniów w bunkrze. Siedział w celi, ale obóz został już na zawsze pozbawiony tego drania, bo na swe dawne stanowisko nie wrócił - poszedł potem na takież do Birkenau.

Tymczasem obóz szalał z radości w czasie Świąt, zajadając żywność z paczek od rodzin i opowiadając sobie ostatni kawał o Brunie. Urządzano mecze bokserskie na blokach, wieczory artystyczne. Improwizowane zespoły, orkiestry, chodziły od bloku do bloku. Nastroje były tak wesołe, wynikające z całości sytuacji, że starzy więźniowie kiwali głowami i mówili: "No, no, był lager Auschwic, ale go nie ma już, pozostała zaledwie ostatnia sylaba, sam tylko wic."

Tak, kurs w obozie z miesiąca na miesiąc słabł. Nie przeszkadzało to jednak wcale, że w tym czasie nie raz można było być świadkiem bardzo tragicznych scen.

Idąc z garbarni, w pięciu setkach, zaraz po Nowym Roku, byłem świadkiem, jak przed krematorium (stare krematorium na węgiel, zbudowane tuż przy obozie) stała grupka kobiet i mężczyzn. Było ich razem kilkanaście osób, młodych i starych. Stali przed krematorium jak stado krów przed rzeźnią. Wiedzieli, po co tu przyjechali. Wśród nich stał chłopak mający może 10 lat i szukał kogoś wzrokiem wśród przechodzących naszych setek; może ojca, może brata... Podchodząc do tej grupki człowiek lękał się ujrzeć w oczach tych kobiet i dzieci - pogardy. My - pięć setek silnych i zdrowych mężczyzn, nie reagujących na to że oni zaraz pójdą na śmierć. Człowiek wewnętrznie się burzył i skręcał w sobie. Lecz nie; przechodząc, z ulgą stwierdzaliśmy, że w oczach ich tkwiła tylko pogarda dla śmierci.

Wchodząc do bramy widzieliśmy inną grupkę, stojącą pod murem z podniesionymi rękami, ludzi odwróconych do przechodzących kolumn tyłem. Tych przed śmiercią czeka jeszcze dochodzenie, ci pójdą jeszcze na męczarnie w bloku 11 zanim im kat Palitzsch nie strzeli łaskawie w tył głowy i nie wywiozą potem w wozach ich okrwawionych trupów do krematorium.

Gdy wchodziliśmy do bramy, tę pierwszą grupkę więźniów wpędzono już do krematorium. Dla kilkunastu osób żałowano czasami butelki gazu; ogłuszano uderzeniami kolb i wpychano wpółomdlałych na rozpalony ruszt.

Z naszego bloku 22, który stał najbliżej krematorium, nieraz słyszeliśmy przytłumione dzięki ścianom przeraźliwe krzyki i jęki umęczonych, gwałtownie kończonych ofiar.

Nie wszyscy wracali z pracy naszą drogą. Ci, co nie widzieli twarzy ofiar, szli inną drogą, nigdy nie byli wolni od myśli: może matka, może ojciec, może żona, może córka... Lecz twarde jest serce lagrowca. W pól godziny później niektórzy już stali, kupując margarynę lub tytoń, nie widząc, że stoją tuż obok wielkiej kupy nagich trupów, rzuconych tu jedne na drugie, "zrobionych" dziś zastrzykiem fenolu. Czasem ktoś nastąpił butem na martwą, już sztywną nogę, spojrzał: "Patrzcie. Stasio... No cóż... Dzisiaj jego kolej, moja może w przyszłym tygodniu..."

A jednak oczy tego małego chłopca, patrzące na nas, szukające kogoś długo mi w nocy nie dawały spokoju.

Rozbrykanie w obozie z powodu nastrojów w okresie świątecznym miało jednak znowu dla nas jedną ciężką historię. Blok 27, będący składem mundurowo-bieliźnianym był terenem prac komanda "Bekleidungskammer", składającego się prawie wyłącznie z Polaków. Komando było dobre - praca pod dachem, dająca jeszcze te prerogatywy, że pracownicy zaopatrujący swoich kolegów w bieliznę, mundury, koce, obuwie bezinteresownie, mieli możność od dobrze sytuowanych więźniów na stanowiskach blokowych, pracowników rzeźni lub magazynów żywnościowych za wyświadczone ułatwienia egzystencji w postaci dostarczonych wymienionych materiałów otrzymywać artykuły żywnościowe. Miejsce więc było dobre i przy pomocy 76 ulokowaliśmy tam wielu naszych kolegów. Pewne rozluźnienie w obozie w tym czasie, brak na lagrze Bruna, który siedział zamknięty, spowodowało, że niektórzy zlekceważyli nieco środki ostrożności.

Koledzy na bloku 27 zrobili wspólny opłatek, przy tym 76 zadeklamował własny wiersz na patriotyczny temat (Ślązaczka miała dwóch synów, jeden był w wojsku niemieckim, drugi zaś więźniem Oświęcimia; podczas ucieczki więźnia drugi syn Ślązaczki, stając na posterunku, nic o tym nie wiedząc, zastrzelił swego brata). Wiersz był ładnie napisany, nastrój był miły. Skutek: władze orzekły, że Polakom na 27 bloku za dobrze się powodzi, a wydział polityczny zrobił z tego, że Polacy na 27 bloku zorganizowali się. 6 stycznia 1943 roku do bloku 27 w czasie pracy przyszli esesmani z wydziału politycznego. Zrobili zbiórkę całego komanda. Zapytali, kto tu jest pułkownikiem. Płk 24 na razie powstrzymał się od odezwania się. Wtedy Lachmann podszedł do niego i wyciągnął go z szeregu (sprawa była już rozpracowana przez wydział polityczny).

Potem zaczęli segregować. Dzielili na trzy grupy. Reichsdeutsche i Volksdeutsche stanowili jedną grupę, którą zostawili w pracy na bloku. Wszystkich pozostałych Polaków dzielili na dwie grupy, odstawiając na prawo kilkunastu inteligentów, a wśród nich płk 24, mjr 150, rtm 162, ppor 163, mec. 142, a na lewo tych, którzy mogli w oczach esesmanów ujść za nieinteligentów, wśród których znaleźli się mjr 85, udający gajowego, ppor 156, uczeń, mój siostrzeniec 39. Trzymano ich na stójce kilkanaście godzin na mrozie. Potem grupę inteligentów wsadzili do bunkra, nieinteligentów oddali do tzw. "Kiesgrube" imienia Palitzsch. Pierwszych badali i dręczyli w bunkrze, chcąc wymusić zeznanie, że byli zorganizowani, pytając, jaką organizację reprezentują.

Los drugich, oddanych na wykończenie w pracy na mrozie, też wydawał się przesądzony. Lecz niektórzy z nich potrafili wykręcić się z tego komanda po paru miesiącach uciążliwej pracy. Zbyt szybko zrobiła to para przyjaciół: 117 i 156. Pracowali razem w "Bekleidungskammer", razem mieszkali na 3 bloku, w osobnym pokoju - magazynie. Obydwom udało się 6 stycznia 1943 roku uniknąć szczęśliwie zaliczenia do inteligentów, a unikając bunkra, trafili na razie do "kiesgruby Palitzscha".

Przyjaciel 156 parę miesięcy wcześniej, zaraz po przyjeździe z Warszawy, pytany przeze mnie jak w Warszawie reagują na ucieczki z Oświęcimia, odpowiedział, że dwojako: Komenda Główna odznacza orderem Virtuti Militari (może rozumował, że w ten sposób zachęci mnie do ucieczki?), a społeczeństwo, które nie wie o zniesieniu odpowiedzialności zbiorowej więźniów, uważa to za egoizm. Teraz, gdy znalazł się w ciężkiej sytuacji zaczął mnie namawiać do ucieczki z nim, lecz ja wtedy jeszcze nie miałem takich zamiarów. On niestety, nie doczekał się, biedak.

Obaj zbyt szybko kręcili się koło swojej sprawy, zachorowali, a po chorobie znaleźli sobie inną, lżejszą, pracę. Nie byli jeszcze wytrawnymi lagrowcami. Pewnego dnia, gdy myślałem, że jeszcze leżą w szpitalu, dowiedziałem się, że obaj zostali rozstrzelani (16.02.1943 r.). W tym innym komandzie Lachmann zapytał ich, skąd się tu wzięli; tego dnia już nie żyli.

Wkrótce potem, w marcu, rozstrzelali całą grupę inteligentów, dręczoną i przesłuchiwaną w bunkrze na temat organizacji, co wyczuwał jeden z kapów, który był świadkiem niefortunnego "wspólnego opłatka". Nie powiedzieli nic. Cześć Im, kolegom z pracy.

Po wyrzuceniu Polaków z "Bekleidungskammer", miejsca te obsadzone zostały Ukraińcami, którzy jednak jako pracownicy nie odpowiadali esesmanowi, szefowi komanda i kapowi, więc powoli niektórzy z Polaków znowu zaczęli się tu wkręcać. Dostawa materiałów z tej dziedziny została przerwana. Inne natomiast dostawy działały sprawnie. Jak obliczył pdch. 90, z rzeźni na same tylko Święta Bożego Narodzenia (1942 r.) przeniesiono przez bramę, pomimo ciągłych rewizji, 700 kg wyrobów masarskich.

Już późną wiosną zaczęto robić jakieś niezwykłe przygotowania na bloku 10. Usunięto wszystkich więźniów i część łóżek. Zrobiono na zewnątrz, na oknach kosze z desek uniemożliwiające wgląd do wewnątrz. Przywożono jakieś instrumenty, aparaty. Potem wieczorami zjawiać się zaczęli profesorowie niemieccy, studenci. Kogoś przywozili, pracowali nad czymś nocami, odjeżdżając rano lub pozostając przez kilka dni.

Spotkany raz profesor zrobił na mnie odrażające wrażenie. Miał jakieś obmierzłe oczy.

Czas jakiś nic nie wiedzieliśmy o tym bloku, snuto różne przypuszczenia.

Lecz nie obeszli się bez pomocy flegerów - obozowego szpitala. Na razie chodziło o sprzątanie, potem o różną pomoc. Wzięli dwóch flegerów i trafili na obydwu z naszej organizacji. Koledzy wniknęli wreszcie do zamkniętego stale bloku 10. Przez jakiś czas nic to nam nie dawało, gdyż ich z bloku 10 nie wypuszczano. Któregoś dnia zjawił się jednak u mnie jeden z nich, 101, straszliwie zdenerwowany i mówił, że nie wytrzyma długo tam, że przechodzi to już granice jego wytrzymałości.

Przeprowadzano tam eksperymenty. Lekarze i studenci medycyny robili tam doświadczenia, mając przecież ogrom materiału ludzkiego, za który przed nikim nie ponosili żadnej odpowiedzialności. Życie tych królików doświadczalnych i tak oddane było na pastwę tych zwyrodnialców w obozie - tak czy inaczej zostaną zamordowani; wszystko jedno jak i gdzie - i tak będzie popiół.

Więc robiono najróżniejsze doświadczenia z dziedziny seksualnej. Sterylizacja kobiet i mężczyzn zabiegiem chirurgicznym. Naświetlanie narządów płciowych obu płci jakimiś promieniami, które miały likwidować zdolności rozrodcze. Przy tym następne próby wykazywały, czy wynik był pozytywny, czy nie.

Stosunków płciowych nie stosowano. Było komando kilku mężczyzn, którzy dostarczać musieli nasienie, a które natychmiast wstrzykiwano kobietom. Próby wykazywały, że po kilku miesiącach kobiety poddane naświetlaniu narządów, zachodziły w ciążę znowu. Wtedy zastosowano promienie znacznie silniejsze, które spaliły organy kobiet i kilkadziesiąt kobiet zmarło w strasznych męczarniach.

Do eksperymentów używano kobiety wszystkich ras. Z Birkenau przywożono Polki, Niemki, Żydówki i ostatnio Cyganki. Z Grecji przywieziono kilkadziesiąt młodych dziewczyn, które zginęły w tych eksperymentach. Wszystkie, nawet po udanym eksperymencie, likwidowano. Żadna kobieta ani żaden mężczyzna żywi z bloku 10 nie wyszli.

Pracowano nad próbami wyprodukowania sztucznego nasienia męskiego, lecz wszelkie próby dawały wyniki negatywne. Zastrzykiwana sztucznie wyprodukowana jakaś namiastka nasienia powodowała jakieś zakażenia. Kobiety poddane temu eksperymentowi, wykańczano następnie fenolem.

Patrząc na te wszystkie męczarnie kolega 101 doszedł do niezwykłego u starych więźniów stanu zdenerwowania. Świadkiem tego, co się działo na bloku 10, był również kolega 57 (obaj żyją i są obecnie na wolności).

Nieraz, siedząc w Oświęcimiu, będąc w swojej paczce wieczorami, mówiliśmy, że jeśli ktoś z nas ujdzie stąd z życiem, to chyba cudem tylko, i trudno mu będzie porozumieć się z ludźmi, którzy normalnie na ziemi przez ten czas żyli. Będą dla niego niektóre ich sprawy wydawały się zbyt małymi. On przez nich również nie będzie rozumiany. Lecz jeśli naprawdę ktoś wyjdzie, obowiązkiem jego będzie ogłosić światu, jak tu ginęli prawdziwi Polacy. Niech też powie, jak tu ginęli w ogóle ludzie mordowani przez ludzi... Jakże dziwnie to brzmi w chrześcijańskiej mowie: mordowani przez bliźnich swoich tak jak przed wiekami. Dlatego też napisałem, że zabrnęliśmy tak bardzo... Lecz właściwie gdzie? Dokąd brniemy w swym postępie "cywilizacji"?

Przyszła wiadomość naszymi drogami z wydziału politycznego, że wszystkich Polaków, więźniów, mają gdzieś wywieźć z obawy przed możliwością jakichś zajść w obozie. Władze uznały, że tak wielkie skupisko Polaków, w których same przeżycia wywoływały zdeterminowanie, robiąc z nich jednostki zdecydowane na wszystko, skupione na terenie polskim, mające oparcie w terenie - jest niebezpieczeństwem. Jakieś zrzucenie desantu, zrzucenie broni... Nie leżało to w planach naszych - aliantów, lub nasi nie mogli tego dojrzeć. Więc dojrzał to wróg.

Zaczęto z komand wyciągać na razie część Polaków i przyzwyczajać komanda do pracy bez nich. Polak był zawsze i we wszystkich komandach najlepszym pracownikiem. Niemcy mówili, że tak dobrym, jak Niemiec, lecz to nie była prawda. Wstyd im było się przyznać, że był od nich lepszy. Wyciągano z komand rzemieślniczych na razie tych Polaków, co postępowaniem swoim zdradzali, że fachowcami w rzemiośle swoim stali się dopiero w obozie. Z pięciu setek w "Bekleidungswerkstätte" zwolniono z pracy około półtorej setki. Ja, z powodu wyglądu inteligenta, znalazłem się w tej grupie. Było to 2 lutego 1943 roku.

Jakoś nie zmartwiłem się tym wcale. Wierzyłem, że w tym dniu zwolnienie nie wyjdzie mi na złe. Nazajutrz pracowałem już w komandzie koszykarzy przyjęty tam przez swoich przyjaciół. W ogóle zwyczajem obozu było, że stary numer przyjmowany był do wszystkich komand; był już seniorem w świecie więźniów. Tam pracowałem tylko jeden dzień, nie na korzyść obozu, bo nauczyłem się robić ze słomy trepy.

Następnego dnia miałem już doskonałą pracę w nowo powstałym komandzie "paczkarnia". Na skutek zezwolenia przysyłania paczek żywnościowych więźniom, do obozu zaczęto przywozić coraz więcej paczek autami. Władze zaczęły mieć z tym kłopot. Otrzymywać można było jedną paczkę do 5 kilogramów tygodniowo. Sądząc, że nie uda się zmniejszyć ilości paczek, zabroniono przysyłać paczki wielkie, a zezwolono przysyłać bez ograniczenia ilości w tygodniu paczki małe - do 250 g. Okazało się wtedy, że władze się omyliły. Codziennie przywożono niezliczoną ilość małych paczuszek. Rodziny, zadowolone, że mogą przyjść z pomocą bliskim sobie więźniom, zamiast jednej większej paczki tygodniowo, spieszyły z wysyłaniem paczuszek małych codziennie. Skutek zarządzenia był dla władz odwrotny. Nawał pracy z wciąganiem do rejestru ogromnej ilości przesyłek i wydawanie ich więźniom, wymagał całego aparatu, całego komanda, do którego właśnie się dostałem.

Oddano nam na trzecim bloku trzy małe sale do dyspozycji. Jedna sala cała była zawalona paczkami. Sprawność pracy wszelkich komand w obozie wymagała także i tu wysiłku dla zlikwidowania zaległości, co było również z korzyścią dla więźniów, jeśli paczki szybko im były dostarczane. Pracowały tu dwie zmiany komanda, po 20 więźniów w każdej. Paczkarnia była czynna przez 24 godziny na dobę. Ja wszedłem tendencyjnie do zmiany nocnej.

W związku z segregowaniem paczek przez całą dobę musiała równolegle z nami pracować dzień i noc główna izba pisarska. Gdyż na każdą paczkę pisała kartkę, posyłając kilka setek kartek co pół godziny do izby pisarskiej, na których tam zaznaczano, na jakim bloku obecnie znajduje się dany numer (więzień), ewentualnie stawiano krzyż na znak, że nie żyje. Po powrocie kartek segregowano paczki, rzucając je na osobno dla każdego bloku zrobione półki, odrzucając paczki odpowiadające kartkom oznaczonym krzyżem na inną stronę sali w wielką piramidę. A paczek należnych zmarłym kolegom było bardzo wiele. Prócz posyłanych więźniom z transportów żydowskich, francuskich, czeskich, które przeważnie już całe były wykończone, wiele również rodzin polskich słało paczki, nie wiedząc, że więzień już zginął, gdyż, jak wspomniałem, nie zawsze było wysyłane zawiadomienie o śmierci, lub wydział polityczny z wysłaniem ociągał się kilka miesięcy.

Lepsze paczki więźniów zmarłych, przeważnie z Francji i Czech, zawierające wino i owoce, esesmani wywozili całymi koszami do swego kasyna. Gorsze paczki szły przeważnie do naszej kuchni więźniarskiej, gdzie również przywozili z "kanady" przebrane już przez esesmanów różne artykuły żywnościowe. Wszystko to wrzucano do kotłów.

W tym okresie jadaliśmy zupy słodkie, pachnące jakby perfumami, znajdując w nich resztki ciastek, tortów. Pewnego razu na naszej sali znaleźliśmy w zupie resztkę niezupełnie rozpuszczonego mydła toaletowego. Czasami kucharze znajdowali na dnie kotła jakiś złoty przedmiot lub wprost monety skrycie ulokowane przez nieżyjącego już właściciela w kawałku chleba, bułki, ciastka.

W paczkarni pracownicy z czystym sumieniem zjadali artykuły żywnościowe z paczek kolegów już zmarłych, przeważnie oddając na blokach chleb i zupę kolegom głodniejszym od siebie. Ze zjadaniem żywności z paczek zmarłych trzeba było jednak uważać. Zjadać ją mogli tylko "nadludzie", więźniom to było zabronione pod karą śmierci. Zrobiona raz rewizja wychodzących z pracy ujawniła w kieszeniach siedmiu więźniów biały chleb, masło i cukier wzięte z paczek zmarłych. Wszyscy zostali tego dnia rozstrzelani.

Szefem paczkarni był esesman, Austriak, jak na esesmana zupełnie możliwy.

Po powrocie do normy pierwotnej nadsyłania paczek do 5 kg raz na tydzień, paczki szły różne, czasem całe walizki; szef paczkarni nie kwestionował ich, wszystkie oddawał właścicielom, rewizje robił pobieżnie, z braku czasu tylko niekiedy rozcinając sznurki, lecz gdy blokowy, niemiecki drań, rozdając paczki na bloku, wyjął z paczki żyjącego więźnia garść cukierków, szef paczkarni zrobił meldunek i blokowego, choć Niemca tego dnia rozstrzelali. Pod tym względem była sprawiedliwość...

Na dokarmianie kolegów znalazłem inny sposób. Pracowałem w paczkarni w nocy. Przede mną pod ciepłym piecem siedział dozorujący esesman, który zawsze około godziny drugiej po północy zasypiał. Za mną leżała wielka kupa paczek kolegów nieżyjących. Osobno stosik paczek lepszych, przygotowanych ewentualnie na wywiezienie do kasyna esesmanów. Nosząc, wpisując, przekładając paczki, brałem niezauważalnie paczkę z tej osobnej sterty i w czasie kiedy esesman smacznie chrapał, rozwijałem papier, odrywałem adres, przewracałem papier na drugą stronę, zawijałem paczkę, obwiązywałem, pisałem adres któregoś z przyjaciół w obozie. Miałem prawo oficjalnie przepakowywać paczki źle opakowane. Niektóre paczki miały zupełnie zniszczone opakowanie, tym bardziej się nadawały. Niektórych nie przepakowywałem ze względu na pieczęcie, lecz wprost naklejałem nowy adres, wypisany na innej kartce papieru. Taka paczka szła drogą normalną dalej, trafiając na odpowiednią półkę.

Esesman miał wygodną pracę, gdyż w nocy spał, a w dzień, wolny od zajęć, jeździł rowerem do żony, która mieszkała gdzieś o 20 kilometrów stąd. Wszyscy więc byli zadowoleni ze stanu rzeczy. W jedną noc starałem się "wysyłać" osiem paczek, po dwie paczki na każdy batalion, czasami udawało się mniej, czasami nawet więcej.

Rano zjawiałem się u przyjaciół, do których adresowałem "zmarłe" paczki i zapowiadałem, żeby nie robili zdziwionej miny, gdy otrzymają jakąś obcą paczkę.

W związku ze zmianą mojego komanda, przeniesiono mnie na blok 6. Na bloku i w pracy poznałem kilku kolegów, których wciągnąłem do naszej organizacji: ppor. 164, ppor. 165 i plt. 166.

Jeszcze w końcu roku 1942 przywieźli do obozu razem z całym transportem z Krakowa Olka, ppor. 167. Zawiadomiono mnie wtedy, że jest to bohater z Montelupich, że udało mu się raz umknąć śmierci dzięki ucieczce z więzienia, że ma teraz dwa wyroki śmierci, lecz ponieważ jest sprytny i umiał sobie z esesmanami jakoś dawać radę, udawał doktora, a nawet podobno ich leczył, więc się jakoś uchował. Ale teraz go przywieźli do Oświęcimia, gdzie na pewno wykończą. Poznałem go; podobał mi się jego humor. Zaproponowałem mu drogę wyjścia, którą przygotowywałem dla siebie. Były to kanały.

Plan kanałów przyniesiony dla mnie przez kolegów z biura budowlanego dokładnie objaśniał miejsce, gdzie najlepiej było wejść do kanałów. Zwykle tak było, że niemieckie władze dopiero wtedy stawały się mądre, gdy więzień skorzystał z jakiegoś sposobu wyjścia i wtedy już powtórzenie tej samej drogi ucieczki było prawie niemożliwe. Powiedzenie: "Mądry Polak po szkodzie" można chyba rozciągnąć i na inne narodowości.

Oddając Olkowi 167 moją drogę wyjściową, przekreślałem ją dla siebie, lecz sam teraz jeszcze ciągle się nie wybierałem, a on miał sprawę ciężką. Mogłem przez niego przesłać raport, liczyłem, że i dla mnie znajdzie się jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności.

W tymże czasie zgłosił się do mnie por. 168 z planem wyjścia z komanda, w którym on pracował. Był tam zastępcą kapa. Kapo zachorował i dlatego on miał większą swobodę działania. Z komandem własnym wychodził na pomiary kilka kilometrów od obozu.

Zapoznałem z nim ppor. 167; plan por. 168 odpowiadał mu bardziej, więc 167 zaczął się przygotowywać, by w ten sposób opuścić obóz. Przeniósł się jednak zbyt raptownie z paczkarni do komanda mierników, w którym pracował 168.

W styczniu 1943 roku pewnej nocy siedmiu kolegów wyszło przez kuchnię esesmańską na wolność. Widząc, że wieszanie złapanych na ucieczce nie odstrasza więźniów od prób w tym kierunku, władze wpadły na nowy pomysł. Ogłoszono na wszystkich blokach, że za ucieczkę więźnia będzie przywieziona do obozu jego rodzina. To uderzyło nas w czułe miejsce. Rodziny narażać nikt nie chciał.

Pewnego dnia po powrocie do obozu ujrzeliśmy dwie kobiety - sympatyczną starszą niewiastę i miłą, młodą - stojące pod słupkiem z tablicą, na której był napis: "Nierozważny postępek waszego kolegi naraził te dwie kobiety na pobyt w obozie". Miała to być represja za ucieczkę jednego z kolegów. Byliśmy czuli na punkcie kobiet. Początkowo obóz klął na drania, co naraził swoją matkę i narzeczoną, ratując sam swoje życie, lecz potem okazało się, że one miały numery około 30 tysięcy, gdy numer bieżący w obozie kobiecym był ponad 50 tysięcy. Ustalono, że są to dwie kobiety wzięte z obozu w Rajsku i postawione u nas pod słupkiem na parę godzin. Koło słupka stał esesman i uniemożliwiał wszelką rozmowę. W każdym jednak razie pewności, że nie przywiozą do obozu rodziny, nie było, więc inni koledzy na ucieczkę nie zdecydowali się.

Koledzy 167 i 168 montowali ucieczkę. Kontakt nawiązany był z Krakowem przez cywilną ludność. W paru miejscach miały być przygotowane ubrania i łączniczki. 167 proponował i mnie wyjście razem z nim. Omawiając ze 168 szerzej ich sposób umknięcia, wywnioskowałem, że plan nie jest dopracowany w szczegółach. Dwóch esesmanów, co chodzili z nimi na pomiary, a wstępujących czasami wbrew zakazowi władz obozu do knajpy na wspólną wódkę, mieli więźniowie spoić i związać. Tu planowano, że jeśli się nie uda ich spoić, to decydują się na "mokrą robotę". Wtedy w imieniu organizacji zaprotestowałem kategorycznie. Na taki plan ich wyjścia, mogący narazić na wielkie represje pozostałych więźniów, organizacja nie mogła się zgodzić. Sztuką było wyjść, lecz wyjść trzeba było tak, żeby nie spowodować ciężkich skutków dla obozu. Zaczęli się więc przygotowywać do uśpienia esesmanów luminalem. Sproszkowany, zdobyty w HKB, dawany w wódce, zastosowany w próbach na kapach, nie dawał pożądanych rezultatów, gdyż nie rozpuszczał si ę w wódce i zostawał w szklankach na dnie, tworząc osad. Mieli więc luminal dawać w cukierkach.

Tymczasem do Birkenau przywieźli kilkanaście tysięcy Cyganów i ulokowali ich w osobno odgrodzonym obozie, na razie całymi rodzinami. Potem mężczyzn oddzielono, a następnie kończono "sposobem oświęcimskim".

Pewnego dnia koledzy w Rajsku dokonali dowcipnej ucieczki, którą nazwaliśmy "beczką Diogenesa". W ciemną, wietrzną i dżdżystą noc przez pojedyncze w tym miejscu ogrodzenie z drutów, przeszło kilkunastu więźniów, rozchylając druty drągami i wsadzając między nie zwykłą beczkę drewnianą bez dna, w której kiedyś wozili jedzenie, a która teraz posłużyła za izolację od prądu i przeleźli, jak koty przez mufkę. Władze znowu piekliły się i wściekały. Tylu niewygodnych świadków tego, co się działo w Birkenau na wolności. Postanowiły zrobić wszystko, by zbiegów ująć. Rzucili całe wojsko na poszukiwanie i szukali całe trzy dni. Obóz został zamknięty, gdyż nie było "postów", żołnierzy eskortujących kolumny więźniów, idące do pracy. Władze wykorzystały ten czas na odwszenie obozu, którego dokonały w ciągu trzech dni.

Zbiegiem okoliczności 167 i 168 mieli nazajutrz po "beczce Diogenesa" umówione z organizacją na zewnątrz przeprowadzenie ucieczki. Brak jakichkolwiek możliwości wyjścia z obozu uniemożliwił ucieczkę. Lecz to jeszcze nie wszystko. W komandach szefowie i kapowie obawiali się rozwścieczonych władz i robili rewizje u więźniów. Rewidowali samą pracę i stany w ogóle, szukali czegoś, do czego by się inni przyczepić mogli. W paczkarni szef i kapo zapytali wtedy, co jest z Olkiem 167, który tu pracował, a teraz go nie ma? Czy jest chory? Pobiegli do izby pisarskiej i stwierdzili, że Olek jest już w innym bloku i pracuje w innym komandzie, a ponieważ przeniósł się do innej pracy, i to w polu, bez zawiadomienia i kartki od "Arbeitsdiensta", a ma sprawę poważną w wydziale politycznym, więc podciągnęli to pod przygotowanie się do ucieczki i Olka przenieśli za karę do SK.

Drogę wyjścia kanałami przygotowywałem już dawno, na wszelki wypadek. Nie była to jednak łatwa droga. Sieć kanałów pokazana na planie kanalizacyjnym biegła w różnych kierunkach, lecz składała się przeważnie z rur o przekroju 40-60 centymetrów. Tylko w trzech kierunkach od najwygodniejszego dla mnie włazu, koło bloku 12, szły odnogi kanałów o przekroju żabim 60 cm w pionie, a 90 cm w poziomym przecięciu. Próbowałem nawet raz wejść i otworzyć kraty od studzienki, zamykające wejście do kanału. Lecz nie ja jeden tym się interesowałem. Znali tę drogę i inni nasi koledzy. Wszedłem w porozumienie z nimi. Byli to: 110 i 118. Jeszcze było paru innych, co mieli te kanały na oku. Chodziło jedynie o to, kto się zdecyduje i kto je wykorzysta.

Przed ostatnim Bożym Narodzeniem miała wyjść grupka arbeitsdienstów na wolność, lecz palił się również do tego i 61, wskazałem mu tę drogę i ewentualnie może by się paru więźniów w tę świąteczną noc wybrało, gdyż, jak zwykle, czujność straży jest wtedy zmniejszona. Lecz właśnie w wigilijny wieczór postawiono nam drugą choinkę tuż koło miejsca, gdzie trzeba było wyleźć, oświetlono ją rzęsiście i miejsce to również.

Kiedy później pracowałem już w nocnym komandzie w paczkarni, wejście do studzienki miałem bardzo blisko. Wtedy w nocy, po przebraniu się w kombinezon robotniczy na bloku 3, właziłem dwa razy do cuchnących kanałów. W studzience kraty na zawiasach zamykane były niegdyś u dołu na kłódki, teraz wyłamane, zanurzone w mule, od góry wyglądały jakby były zamknięte. Od tego miejsca w trzech kierunkach szła droga tymi szerszymi kanałami.

Jeden kanał szedł pomiędzy blokami 12 i 13, 22 i 23, załamywał się potem w lewo i szedł koło kuchni, a dalej za ostatnią wieżyczką koło bloku 21 robił niewielki zwrot w prawo i wyłaz był aż za torem kolejowym. Kanał ten był bardzo długi, około 80 metrów. Miał wielką zaletę: bezpieczne wyjście, lecz i wadę: straszliwie był zamulony. Przebyłem tym kanałem zaledwie 60 metrów, żeby zbadać możliwości poruszania się w nim i zupełnie wyczerpany wylazłem z powrotem. Była idealnie ciemna noc, a ja byłem cały ubrudzony. Myłem się i zmieniałem bieliznę na 3 bloku. Przyznam się, że na jakiś czas straciłem ochotę.

W drugim kierunku kanał był suchszy i tam posuwać się było znacznie łatwiej, przy czym był też on znacznie krótszy. Leżał pomiędzy blokami: 4 i 15, 5 i 16, i dalej prosto aż do 10 i 21, i dalej też prosto. Szedł w górę, coraz mniej w nim było spływających z bloków nieczystości i wody. Lecz wyjście z niego było o dwa metry za wieżyczką "posta". Płytę zakrywającą wyjście na zewnątrz za płotem, nawet przygotowaną przez przyjaciół w dzień za obozem, koło dołu ze żwirem, trudno było podnieść w nocy bez szmeru pod tuż stojącym żołnierzem na wieży.

Pozostawał trzeci kierunek - najkrótszy, ok. 40 m, był przedłużeniem poprzedniego. Było tu najwięcej wody. Szedł pomiędzy blokami 1 i 12 i wychodził za druty, idąc pomiędzy komendanturą i nowo postawionym budynkiem. Wyjście było na szosie, dość widoczne, szczególnie z głównej wartowni pod światło. Tu właśnie postawili nam kiedyś choinkę. Lecz teraz choinki już nie postawią.

Była jeszcze pod ziemią tzw. "łódź podwodna" ze stałą obsadą, lecz w moich planach nie mogłem jej brać pod uwagę. Ostatecznie mógłbym już ryzykować wyjście, lecz ciągle uważałem, że opuszczenie obozu jest dla mnie wciąż nieaktualne.

Pewnego wieczoru doszliśmy do wniosku, że prowadzono z nami wojnę regularną. Zazwyczaj mieliśmy wiadomości z wydziału politycznego, z komendantury, z rewiru, które przynosili esesmani, na dwóch stołkach siedzący i przekazywali je przez Volksdeutschów czy Reichsdeutschów pracujących u nas. Niektórzy z esesmanów byli niegdyś podoficerami wojska polskiego, którzy wyraźnie chcieli nam dać do zrozumienia, że w razie czego pójdą z nami i dadzą nam nawet klucze od magazynów broni. Jakkolwiek kluczy od nich nie potrzebowaliśmy, bo już wszystkie zrobione były w ślusarni przez naszych kolegów, to takie typy ludzi dwulicowych i nieprzyjemnych, przydawały nam się nieraz, często uprzedzając nas o posunięciach władz, zawsze sprawdzającymi się wiadomościami.

Widocznie Grabner nie miał już do własnego otoczenia zaufania i starając się o zachowanie zupełnej dyskrecji do ostatniego momentu trzymał decyzję i listę kandydatów na wyjazd w tajemnicy. Dzielił się decyzjami z Palitzschem.

7 marca 1943 roku zarządzono zakaz opuszczania bloków. Przysłano listy na bloki i drzwi zamknięto na klucz. Na blokach zaczęto wywoływać numery więźniów, wyłącznie Polaków, każąc im się szykować do transportu. Wywoływano numery tylko tych, co mieli sprawy zakończone i do których wydział polityczny nie miał już pretensji. Transporty miały odejść do innych obozów, ponoć o wiele lepszych od Oświęcimia. Poufnie dowiedzieliśmy się, że pierwsze transporty pójdą do lepszych obozów, a następne do coraz gorszych.

Na salach zapanował nastrój najróżniejszy. Jedni byli radzi, że jadą do lepszych obozów i że ich nie rozstrzelają tutaj, inni martwili się, że nie jadą, a więc jeszcze sprawy ich nie są zakończone i mogą zostać rozstrzelani. Jeszcze inni byli bardzo niezadowoleni z wyjazdu, bo tu już zdobyli po ciężkich latach pracy dobre stanowisko, a tam znowu się będzie "zugangiem" i znowu twarda selekcja, a nie wiadomo czy się jeszcze raz uda. Przeważało jednak zdanie, że jechać warto, bo nigdzie na pewno nie będzie takiego piekła, jak tutaj. Poza tym - nie pytano o zdanie. Gdyby to było w dzień i bloki były otwarte, można by było coś kombinować. Kto chciał zostać, może by mógł zachorować - lecz w nocy nic nie można było zrobić.

Ja byłem wyczytany od razu pierwszej nocy z 7 na 8 marca. Kazano nam zabrać nasze rzeczy i przenieść się na blok 12, na ten cel zupełnie opróżniony, więc tam powędrowaliśmy z rzeczami. Zajęto również blok 19, gdyż wyczytywano numery przez trzy wieczory (7, 8, 9 marca) i było nas około 6 tysięcy. Na blokach 12 i 19 zamknięci byliśmy także na klucz i porozumiewać się można było tylko przez okna.

Przychodził dr. 2 na klatkę schodową i przez szybę w drzwiach dawał znaki, że jeśli bym decydował się zostać, musiałbym zachorować. Wziąwszy pod uwagę pracę konspiracyjną i pozycję w świecie pracy więźniów - było nad czym rozmyślać. 10 marca wyciągnęli nas w piątkach, kolumnami, na alejkę czerwoną już o szóstej rano. Tu odbywał się przegląd stanu zdrowia więźniów, których wyznaczył wydział polityczny na transport, przez komisję złożoną z lekarzy wojskowych, Niemców.

Stałem w pobliżu płk. 11 i Kazia 39. Mózg mój pracował gorączkowo, robiąc zestawienia, kto jedzie, a kto zostaje. Jechała zgrana, swoja paczka kolegów, z którymi się pracowało. Raczej skłaniałem się, by jechać z nimi.

Komisja lekarska podziwiała stan zdrowotny, doskonale rozwiniętych fizycznie i na ogół prawie dobrze odżywionych więźniów - Polaków (za wyjątkiem nowo przybyłych zugangów), kiwając głowami i mówiąc: jak oni się tu tacy uchowali... Poza paczkami i "kanadą" była to w pewnym procencie zasługa organizacji, tu było widać rezultaty.

Lecz moim zadaniem była ciągłość pracy tutaj. Z kim jednak bym został? Zacząłem z niektórymi omawiać tę sprawę. Płk. 11 i Kazio 39 cieszyli się, że jadą. Przeznaczeni byli do Buchenwaldu, podobno jednego z lepszych obozów. Przyjaciel mój, płk. 11 był zdania, że moim obowiązkiem jest, mimo wszystko pozostać nadal w tym piekle. Miałem wiele czasu na przemyślenia. Badanie posuwało się bardzo wolno. Staliśmy przez cały dzień i część nocy. Do nas, z płk. 11 i ppor. 61 kolejka doszła około drugiej w nocy. Już znacznie wcześniej zdecydowałem się próbować pozostać w Oświęcimiu. Przez kolegę 169, który miał możliwość poruszania się, dostałem z HKB pas na rupturę, której wcale nie miałem. O drugiej w nocy komisja była już zmęczona. Płk. 11, starszy ode mnie o kilkanaście lat i w porównaniu ze mną chudzielec, został jednak przez komisję uznany za zdolnego do robót i na transport zaliczony. Lecz gdy ja stanąłem nago przed komisją, z nałożonym pasem na fikcyjną rupturę, lekarze zamachali rękami i powiedzieli: "Weg! Takich nam nie potrzeba!", i do transportu mnie nie przyjęto.

Odmaszerowałem na blok 12 i po zameldowaniu się tam z kartką zwolnienia z transportu, zaraz potem wróciłem na blok 6, na własne łóżko, a nazajutrz do normalnej pracy w paczkarni.

11 marca po odrzuceniu niezdolnych do pracy lub takich, co za niezdolnych starali się uchodzić, wywieźli zdrowych Polaków - 5 tysięcy z jakimś małym dodatkiem.

Ponieważ do paczkarni przysyłali nam z głównej izby pisarskiej dokładną listę z numerami więźniów wywiezionych, celem wysyłania nadchodzących dla nich paczek żywnościowych, toteż dokładnie stwierdziliśmy, że tych pięć tysięcy kolegów-Polaków pojechało w pięciu różnych kierunkach, mniej więcej po tysiąc do każdego z wymienionych obozów: Buchenwald, Neuengamme, Flossenburg, Gross-Rosen, Sachsenhausen.

Zasadniczy trzon góry organizacyjnej potrafił od transportu się wykręcić, więc pracowaliśmy dalej.

W tydzień później, w pierwszą niedzielę, doznaliśmy znowu zaskoczenia. Żeby uniknąć nawału pracy w trybie przyspieszonym przed samym wysyłaniem transportów, postanowiono zrobić to spokojnie przedtem. Na wszystkich blokach w całym obozie pozostali jeszcze Polacy musieli w tym dniu stanąć przed komisją lekarską, która stawiała przy numerze danego więźnia na stałe literę "A" lub "U", oznaczającą kategorię jego stanu zdrowia - zdolny lub niezdolny do pracy. Zaskoczeniem było dlatego, że wykluczało wszelkie dotychczasowe możliwości lawirowania.

Namyślałem się, co robić z sobą. Dostać "A" - znaczy jechać pierwszym następnym transportem i to do obozów gorszych, gdyż do tych lepszych nie pojechałem. Dostać kategorię "U" - to, chociaż mówiono, że chorych wyślą do Dachau, gdzie będą mieli lepsze warunki w szpitalach, ja jednak, znając ówczesne władze obozowe, sądziłem że z taką literą można raczej przejść przez gaz i komin. Musiałem znaleźć jakieś wyjście. W każdym razie zdecydowałem nie wkładać pasa. Komisja lekarzy, przed którą stanąłem, bez szczegółowego oglądania odprawiła mnie, w rejestrze stawiając przy moim numerze literę "A".

Wyglądałem dobrze. Lekarze wojskowi, Niemcy, patrząc na doskonale rozwinięte ciała Polaków i tym razem dziwili się, mówiąc głośno: "Co za regiment można by z nich wystawić". Teraz, będąc materiałem na wywózkę, musiałem coś poczynić ze swoją osobą, no i nie jechać do "obozów gorszych". Esesmani szefowie komand, odpowiedzialni za jakiś dział pracy bardzo chętnie reklamowali Polaków-fachowców. Zawsze woleli pracować z Polakami, którzy byli najlepszymi pracownikami. Ze względu jednak na zarządzenia władz w tym okresie, nie mogli tego w szerszym zakresie czynić. Trudno również było być fachowcem w paczkarni. Lecz jakoś się udało przez dr. 2 i kolegę 149, że zostałem wyreklamowany przez szefa paczkarni, w liczbie ogólnej pięciu reklamowanych, jako niezbędny pracownik. I nie zostałem wcielony do nowego transportu, który odszedł w dwóch rzutach (11 i 12 kwietnia 1943 r.) - obydwa do Mauthausen. Wywieźli wtedy 2,5 tysiąca Polaków. Razem więc w marcu i kwietniu tego roku wywieźli 7,5 tysiąca zdrowych Polaków.

Wtedy zdecydowałem, że dalsze siedzenie moje tutaj jest już zbyt dla mnie niebezpieczne i niełatwe. Po przeszło 2,5 latach trzeba by zaczynać pracę "wiązania" od nowa, z nowymi ludźmi. 13 kwietnia przed południem poszedłem do piwnicy bloku 17, gdzie w osobnym pokoiku pracował kpt. 159 z Komendy z Warszawy, którego sylwetkę znałem, bo pokazywany był mi nieraz przez rozstrzelanego ppor. Staśka 156 i mjr. 85, a z którym dotychczas nie miałem rozmowy ze względu na oddanie go pod opiekę naszemu członkowi 138. Odbyłem z nim pierwszą rozmowę. Powiedziałem: "Siedzę tu dwa lata i siedem miesięcy. Prowadziłem tu robotę. Ostatnio nie dostawałem żadnych dyspozycji. Obecnie Niemcy wywieźli naszych najlepszych ludzi, z którymi pracowałem. Trzeba by było zaczynać od początku. Uważam, że dalsze siedzenie moje tutaj nie ma sensu. I dlatego wychodzę."

Kpt. 159 spojrzał na mnie zdziwiony i powiedział: "No tak, rozumiem pana, lecz czy można kiedy się chce przyjeżdżać i wyjeżdżać z Oświęcimia?" Odpowiedziałem: "Można".

Od tej pory cały mój wysiłek skierowany był na wyszukanie najwłaściwszej drogi wyjścia. Następnie rozmawiałem z mjr. 85, który wtedy był w szpitalu u dr. 2 jako niby-chory, odpoczywał tam i w ten sposób uniknął transportów, gdyż chorych na razie nie brano. Kategorię miał jednak "A". Udało mi się go, jeszcze przed wyjściem urządzić w pracy w paczkarni. Przyszedłem do niego jako do znającego dobrze teren wokół Oświęcimia z pytaniem, gdzie by on poszedł i jaki mi radzi kierunek. Zygmunt spojrzał na mnie z niedowierzaniem i powiedział: "Gdyby to kto inny mówił, myślałbym że kpi ze mnie, ale że to ty, to wierzę, że wychodzisz. Ja bym szedł na Trzebinię, Chrzanów." Pokazałem mu wyjętą z zanadrza mapę terenu Oświęcimia (skala 1:100000), otrzymaną od 76. Ja miałem zamiar iść na Kęty. Pożegnaliśmy się serdecznie. Powierzyłem jemu, Bohdanowi, troskę o całość w razie akcji.

Poszedłem do przyjaciela 59 i jemu powierzyłem stronę organizacyjną całości w oparciu też o dzielnego, naturalnego w podejściu płk. 121, który był oficjalnym kierownikiem całości i przyjacielem 59.

Teraz już należało wyjść... i to naprawdę. Jest zawsze pewna różnica pomiędzy powiedzeniem, że się zrobi a samym dokonaniem tego. Dawno już, przed laty, pracowałem nad tym żeby te dwie rzeczy spajać w jedną całość. Lecz przede wszystkim byłem wierzącym i wierzyłem, że jak Bóg zechce pomóc, to wyjdę na pewno. Był jeszcze jeden powód, który decyzję moją przyspieszył. Dowiedziałem się przez dr. 2 od zugangów, którzy przyjechali z Pawiaka, że 161, który uciekł razem z arbeitsdienstami z Oświęcimia, złapany został w Warszawie i więziony jest na Pawiaku. Nie mając do tego człowieka zaufania (i z powodu plotek co do jego przeszłości i z powodu zbieranego tu bez skrupułów złota w postaci koronek na zębach zmarłych, jak i z powodu historii z "dyplomami", które namalował za pracę w organizacji płk. 121 i 59) brałem pod uwagę, że on, ratując własne życie, może pójść na pracę dla Niemców i zacząć opowiadać o tym, co podejrzał w obozie. Na ten temat rozmawiałem z dr. 2, z kolegą 59 i z kolegą 106, byłem zdania, że ci, o których wiedział, że są w organizacji (sama góra) muszą stąd wyjść.

Jeszcze w połowie marca koleżka mój z pracy i przyjaciel 164 zawiadomił mnie, że jeden z naszych kolegów, którego znałem z widzenia, Jasiek 170, ma zamiar wyjść z obozu, więc jeśli mam przesłać raport, to można przez niego. Poznałem Jaśka i od razu mi się spodobał. Podobała mi się jego zawsze uśmiechnięta gęba, szerokie bary i bezpośrednia szczerość. Słowem - pierwszorzędny kompan. Opowiedziałem mu o możliwościach kanałowych jako o wyjściu ostatecznym i spytałem, jakby sam to zrobił. Odpowiedział, że jeżdżąc z rolwagą po chleb do miasteczka, do piekarni, nieraz widział rowery piekarzy stojące obok piekarni. - Jak się nie da inaczej, to się siąść na rower i pojechać "na wariata".

Odradzałem. Po jakimś czasie przyszedł do mnie z wiadomością, że gdyby udało się dostać do piekarni, to tam są ogromne, ciężkie i okute drzwi, które dałoby się otworzyć, gdyż składają się z dwóch połówek. Żeby się przyjrzeć tym drzwiom lepiej przeniósł się za zezwoleniem kapa własnego komanda ("Brotabladung-kommando") na kilka dni do piekarni, niby pod pretekstem najedzenia się chleba. Jasiek ważył wtedy wprawdzie 96 kg, lecz kapo lubił go jako starego i wesołego pracownika.

Był koniec marca. Po pięciu dniach pobytu w piekarni Jasiek wrócił zrezygnowany. Praca w piekarni jest bardzo ciężka. Przez 5 dni wypocił 6 kg własnej wagi i ważył tylko 90 kg. Ale co gorsza, spostrzegł, że drzwi się nie da otworzyć. Potężny zamek, umieszczony w jednej połowie drzwi, wchodzący przy zamykaniu kluczem sztabą w drugą połowę może by nam nie przeszkodził, gdyby rygle zasuwy u obu części drzwi (razem 4) odsunąć; lecz był jeszcze zaczep umieszczony z zewnątrz, który przy zamknięciu drzwi zaczepiał obie połowy. Ciężka praca i ten zaczep zniechęciły Jasia. Więc przez jakiś czas o piekarni nie mówiliśmy, przenosząc nasze zainteresowanie na kanały.

W tym czasie w obozie wprowadzono dwie innowacje. W pierwszych latach mieliśmy dziennie trzy apele. Obok innych brutalnych i prymitywnych sposobów wykańczania, były apele z przedłużanymi stójkami - jeden ze sposobów cichego wykańczania. Potem zaszła zmiana w sposobach mordowania na bardziej "kulturalne"... gdy dziennie kończono gazem i fenolem tysiące, a później liczba przywożonych transportów do gazu doszła do 8 tysięcy ludzi dziennie. W tym postępie "kultury", odrzucając kończenie kijem, zdecydowano, że śmiesznym już jest ciche kończenie na stójkach apelowych, nikłe w skutkach w porównaniu z równie cichym kończeniem gazem, i w roku 1942 skasowano apel południowy. Od tego czasu obóz miał dwa apele. W niedzielę, jak dotychczas, apel był jeden - o 10.30.

Teraz, wiosną 1943 roku innowacją było skasowanie jeszcze jednego apelu - porannego i wprowadzenie dla więźniów cywilnych ubrań, których po zagazowanych były setki tysięcy. Cywilne ubrania z malowanymi lampasami wzdłuż pleców i w pasie na marynarce oraz na spodniach olejną farbą czerwoną miał prawo nosić więzień, który pracował wewnątrz obozu, w obrębie drutów. Wszyscy, co pracowali na zewnątrz i wychodzili poza ogrodzenie - z wyjątkiem kapów i unterkapów - nie mieli prawa nosić cywilnych ubrań.

W każdym razie między teraz a niegdyś była ogromna różnica. Teraz koledzy spali na łóżkach (pryczach). Okrywali się puszystymi kocami, pochodzącymi z "kanady" po zagazowanych transportach z Holandii. Ci, co pozostawali w obozie, rano wkładali doskonałe z wełny cywilne ubrania, oszpecone nieco jaskrawymi lampasami i szli do pracy, jak urzędnicy do biura, bez stania na apelu. Obiadowa przerwa też nie była zakłócona żadnym apelem lub stójką. Był jeden tylko apel wieczorny, który już w tych czasach nie był uciążliwy. Nie staliśmy długo, nawet w dniu stwierdzenia, że trzech kolegów uciekło z rewiru - stójki żadnej nie było. Szukano tylko skrupulatnie zbiegów, nie chcąc tych świadków mieć na wolności.

Starano się usilnie, by straszną opinię o Oświęcimiu, która się na zewnątrz już przedostała, zmienić radykalnie na lepszą. Ogłoszono wtedy, że obóz z koncentraku przemianowany będzie na Arbeitslager, w każdym razie nie widziało się już żadnego bicia. Tak było przynajmniej u nas - w obozie macierzystym.

Porównywałem wtedy obrazki obozowe z roku 1940 na 1941 rok, gdy esesman w obecności nas kilkunastu wpadł nagle w szał i zamordował dwóch więźniów, a potem zwrócił się do nas, widząc wzrok wbity w siebie, jakby raptem potrzebował się usprawiedliwić, wyrzucił z siebie szybko: "Das ist ein Vernichtungslager!" Teraz starano się wszystkimi sposobami zatrzeć wszelkie ślady bodaj w pamięci ludzkiej, że mogło tak kiedyś być. Ciekawe, jak zdołają wymazać z pamięci: pracę komór gazowych i sześciu już krematoriów.

Nic się nie zmieniło w stosunku do złapanych na nieudanej ucieczce. Znowu powiesili dwóch na placu ku odstraszeniu ich przyszłych naśladowców. Spojrzeliśmy wtedy z Jasiem na siebie i powiedzieliśmy sobie wzrokiem: "No cóż? Obie strony będą próbować. My będziemy próbować wyjść, a oni niech próbują łapać."

Gdy Jasiek już nieco odpoczął po kilkudniowej pracy w piekarni, zapytałem go, czy by się nie dało tego cholernego zaczepu usunąć z drzwi? Jasiek wyjaśnił, że ostatecznie dałoby się, bo jest przytwierdzony śrubą o mutrze zakręcanej na drzwi od strony wewnętrznej. W następnych dniach Jasiek, wożąc chleb z piekarni, zrobił w świeżym chlebie odcisk mutry i klucza od kłódki , którą było zamknięte okno w piekarni, w hali, gdzie składano wypieczony chleb. Według tego odcisku klucz na mutrę robił znajomy Jaśka, ślusarz na "Industriehof I". Klucz do kłódki robił w tejże ślusarni były mój współpracownik w TAP w Warszawie, chor. 28. Oba klucze były w ciągu doby gotowe. Jaśkowi udało się ostrożnie sprawdzić, czy pasują. Klucz od kłódki był zrobiony na wszelki wypadek, gdyż okno otworzyć nieznacznie, jak Jasiek mówił, było prawie niemożliwe.

Lecz od zrobienia kluczy do wyjścia było jeszcze bardzo daleko. Na drodze do ucieczki był to zaledwie mały krok. Przede wszystkim obydwaj musielibyśmy znaleźć się w piekarni i co do mnie, mogłem się tam zjawić tylko na moment, gdyż zorientowaliby się od razu, że nie jestem fachowcem, a praca jucznego zwierzęcia dla przenoszenia worków z mąką była obsadzona i zazdrośnie strzeżona przez tych, co tam udawali piekarzy. Poza tym czas pobytu w piekarni, gdybym się tam dostał, musiałby być bardzo krótki, gdyż nie mogłoby to wyjść na jaw wobec władz paczkarni, gdzie dopiero niedawno uznany zostałem za nieodzownie potrzebnego i reklamowany. Samowolna zaś zmiana komanda nasuwała władzom myśl o montowaniu ucieczki, szczególnie przeniesienie się z tak dobrego komanda; w ten sposób szybko można się było znaleźć w SK, jak było z Olkiem 167.

Po chwilach rozmyślań nad przeszkodami do zwalczenia w drodze przez piekarnię, myślą przenosiłem się do drogi kanałami, która jednak również miała trudne do przyjęcia punkty... I znowu myślą wracałem do piekarni. Aż wreszcie stanowczo zdecydowaliśmy z Jaśkiem iść przez piekarnię. Zlikwidować istniejące przeszkody, przy tym zrobić wszystko, by trafić tam do nocnej zmiany i - jeśli chodzi o mnie - tylko na jedną noc. Należało więc tylko to wykonać.

Nic nie mówiąc na razie, nawet Jaśkowi, poszedłem do 92, którego kolega, po Mietku, był teraz "Arbeistdienstem". Przez niego, nie mówiąc o dalszym celu tego posunięcia, załatwiłem sprawę przeniesienia Jasia do piekarni mówiąc, że jest on właściwie z zawodu piekarzem i tuła się po różnych komandach nie wiadomo dlaczego, co nawet nie wypada, bo to taki stary numer.

Nazajutrz Jasiek przybiegł do mnie z wiadomością, że nie wie, jakim sposobem, dostał kartkę do piekarni, że kapo martwi się jego odejściem i był niezadowolony, ale jakoś pogodził się z losem. Opowiedziałem, skąd kartka się wzięła i Jasiek poszedł do piekarni na stałe. Po paru dniach był "starym" piekarzem. Kapo piekarni, Czech, któremu Jasiek zaimponował humorem i siłą, zrobił z niego swego zastępcę, unterkapo, i z przyjemnością zgodził się na to, że sam będzie chodził w dzień, a Jasiek w nocy.

Mieliśmy do Świąt Wielkanocy zaledwie kilka dni... Postanowiliśmy korzystać ze świąt jak z okresu, w którym wśród esesmanów, kapów i wszelkich władz obozu pod wpływem wódki panowało swego rodzaju rozluźnienie i mniejsza czujność. Kiedyś za wódkę, którą było czuć od któregoś z kapów, nieraz Fritzsch lub Aumeier sadzali ich do bunkra, lecz czasy się zmieniły. I teraz oficjalnie pić wódki nie można było pod karą bunkra, lecz tak samo pod karą nie tylko bunkra, ale i SK, nie wolno było mieć stosunków z kobietami, a jednak i pod tym względem było rozluźnienie. Nie tylko esesmani ale i więźniowie mieli stosunki z Niemkami w mundurach SS, które tu były władzą dla kobiecego obozu, a rekrutowały się nieraz z kobiet ulicznych i więźniowie w przemarszu z pracy w kolumnie znacząco porozumiewali się ze spotykanymi esesmankami. Jakiś procent spotykających się czasami wpadał i wielu więźniów, przeważnie kapów lub blokowych, siedziało w bunkrze, unikając SK tylko ze względu na markę, jaką mieli u władz. Między innymi za podobne wykroczenia siedział w bunkrze blokowy 171. Więźniowie teraz wobec osłabnięcia rygorów w obozie, nawiązali kontakty na stałe z kobietami. Potworzyły się pary i całe romantyczne historie. Esesmani też nie byli wolni od tego rodzaju wykroczeń. Od kilku już miesięcy widziało się niespotykany niegdyś obrazek, jak z bunkra naszego, z 11 bloku, wyprowadzano esesmanów, bez pasów, na półgodziny spacer dwa razy dziennie. Esesmanów zamkniętych za stosunki z kobietami.

Zasadniczo za takie wykroczenie jak stosunek z kobietą należącą do rasy "podludzi" groziła esesmanom kara o wiele większa - karny obóz specjalnie dla esesmanów, do którego trafił za stosunek z Żydóweczką, Katti, sam Palitzsch, skazany na wiele lat. Lecz to sprawa znacznie późniejsza. Na razie stosowano łagodniejszą karę bunkra lub w ogóle uchodziło to im bezkarnie. Bo tu również była konspiracja i wybieranie kobiet w Rajsku przez esesmanów było ściśle ukrywane w ich własnym kółku. Na dodatek komendant też miał grzeszki na sumieniu. Opanowała go "gorączka złota". Ostrożnie bardzo kombinując z Erikiem w garbarni, zbierał złoto, drogie kamienie i wartościowe przedmioty i w razie ostrzejszej kary mógł się obawiać zemsty ukaranego esesmana w postaci meldunku na siebie. Starał się więc wykroczeń podkomendnych swoich prawie nie widzieć.

Natomiast "gorączka złota" ujawniona u więźnia zawsze kończyła się jego śmiercią, gdyż po dochodzeniu w bunkrze i rewizji w miejscach wskazanych przez więźnia, esesmani zwykle kończyli go, żeby się pozbyć świadka tego, ile złota mu zabrali. Tu ginęli wszyscy, bez różnicy narodowości. Tak również zginęło dwóch drani, Niemców, blokowy 22 bloku i kapo Walter.

W drogę do domu chciał wybrać się z nami ppor. 164, lecz ze względu na obawę o najbliższych zrezygnował. Dał nam adres rodziny w miejscowości Z. Pisał, uprzedzając dyskretnie, o odwiedzinach kogoś od niego i dał nam umówione hasło do swoich i kontakt do organizacji w miejscowości Z.

W paczkarni przeniosłem się z nocnej na dzienną zmianę. Wielkanoc przypadała 25 kwietnia. Pogoda była piękna, słoneczna. Jak zawsze wiosną, gdy wystrzelała z ziemi w górę trawa i pączki na drzewach zamieniały się w listki i kwiaty, najbardziej pragnęło się wyjść na wolność.

W Wielką Sobotę, 24 kwietnia, w paczkarni od rana skarżyłem się na ból głowy. Któż to wiedział, że boleć nie umiała? Po południu nie poszedłem do pracy. W bloku skarżyłem się również na ból stawów i łydek. Blokowy, spokojny dosyć Niemiec, zawsze grzeczny wobec pracowników paczkarni, słysząc, co wystarczająco głośno przy nim mówiłem sztubowemu o charakterystycznych bólach, powiedział z niepokojem: "Du hast Fleckfieber. Geh schnell zum Krankenbau!" Udałem niechęć do szpitala i, niby ociągając się, poszedłem. W rejonie szpitala znalazłem Edka 57. Powiedziałem mu, że muszę znaleźć się dziś jeszcze w szpitalu, najlepiej na bloku tyfusowym (on był tam magazynierem) pod warunkiem, że ułatwi mi nieformalne wejście tam (przyjęcie) i wyjście z bloku za parę dni. Edek mało się namyślał; w czasie roboty szedł zawsze na całego.

Po południu w Wielką Sobotę ambulans już nie kursował. Edek sam załatwił wszelkie formalności związane z przyjęciem mnie drogą przez ambulans (na 28 bloku) na blok tyfusowy i korzystając nadal z braku obsługi sam mnie wprowadził jako chorego. Tu omijając zwykłą drogę, kąpiel i odebranie rzeczy chorego, umieścił w osobnym pokoiku na parterze, gdzie rozebrałem się, zostawiając rzeczy pod opieką wskazanego mi przez Edka kolegi. Następnie zaprowadził mnie do sali chorych na parterze, której komendantem był 172. Znaleziono mi łóżko i Edek oddał mnie pod opiekę 172, który mnie pamiętał z czasów choroby mojej, tyfusu. Teraz sądził, że to nawrót tyfusu, lecz że na chorego w ogóle nie wyglądałem, kiwał głową i nie pytał dyskretnie ani Edka, ani mnie o nic. Edka pożegnałem wdzięcznym uściskiem ręki i oświadczeniem, że pojutrze rano muszę wyjść.

W niedzielę, w pierwszy dzień świąt, piekarnia nie funkcjonowała, ale w poniedziałek zaczynała pracę. Należało więc wyjść i usiłować przystąpić do pracy w dzień jej rozpoczęcia, wtedy zjawienie się moje będzie (moment psychologiczny) mniej raziło i nie będzie podejrzane dla orientujących się, że w czasie świąt zaszła jakaś zmiana w obsadzie piekarni.

W nocy z soboty na niedzielę spałem na sali bloku 20 i śniłem niezwykły sen: wpadam do jakiejś szopy, gdzie stoi piękny koń; gdybym nie był kawalerzystą i nie znał maści, powiedziałbym koloru białego jak mleko. Szybko wrzucam siodło na tańczącego na uwięzi konia, ktoś przynosi mi biegiem derkę, podciągam popręgi zębami (zwyczaj mój z lat 1919/20), wskakuję na siodło i wyjeżdżam z szopy. A do konia już bardzo tęskniłem...

Niedziela, Wielkanoc. Leżę w łóżku nadal na bloku 20. Od czasu do czasu wpada Edek, by się dowiedzieć, czy mi czego nie trzeba. Po południu zdecydowałem się na pewną rozmowę z Edkiem. Edek, przywieziony tu jako młody chłopiec, po dwóch latach bytności w Oświęcimiu, dobiegał dwudziestki. Złapano go z pistoletem w kieszeni. Sądził, że mogą go już z Oświęcimia nie wypuścić. Nieraz mówił mi: "Panie Tomku, na pana tylko liczę..." Więc po południu w niedzielę powiedziałem mu: "Edek, co tu dużo gadać, ja wychodzę z obozu. Ponieważ ty mnie do HKB, omijając formalności, wprowadziłeś i masz mnie jutro ze szpitala wyrzucić, znowu bardzo nieformalnie rzecz załatwiając, bo bez kwarantanny i wbrew przepisom nie na blok 6, z którego przyszedłem, a na blok 15, więc po mojej ucieczce, kogo wezmą za łeb? Ciebie. Proponuję ci więc iść ze mną."

Edek namyślał się zaledwie parę minut. Na razie nie pytał nawet jaką drogą. Zdecydował, że idziemy razem.

Gdy Jasiek wkrótce po tym podszedł pod okno i mówił mi, że jutro rano muszę wyjść i być na bloku 15, powiedziałem mu, że wszystko pięknie, ale ja nie sam wyjdę, tylko z Edkiem. Janek złapał się za głowę, lecz po chwili, gdy dowiedział się, że Edek to chłopak morowy, wrócił do swej zawsze wesołej miny i powiedział: "No, i cóż tu zrobić?"

Tego wieczora Edek zrobił awanturę blokowemu, że tu nie ma miejsca dla Polaków, że nie chce tu dłużej być i jutro wychodzi na obóz. Blokowy, Niemiec, lubił Edka i zaczął go uspokajać, mówiąc, że nie widzi żadnej potrzeby, by porzucał dobre stanowisko magazyniera i w ogóle go nie puści, bo i po co ma się poniewierać gdzieś w pracy, gdy tu ma mało roboty, a jedzenia, ile chce. Edek jednak nie dał się przekonać. Twierdził ciągle, że nie zostanie, bo jako Polak jest poniewierany. Wreszcie blokowy się zniecierpliwił i powiedział: "A to już idź wariacie jeden, gdzie chcesz!"

Echo tego doszło do sali, gdzie leżałem. W krótkim czasie do 172 przybiegali sztubowi i flegerzy z całego bloku i pytali jeden drugiego, co się z Edkiem stało, że porzuca taką dobrą posadę. Ponieważ widziano, że Edek do mnie przychodził, więc pytano, czy mi nie mówił, dlaczego odchodzi z bloku. Powiedziałem, że - wiadomo - młody, nierozważny jeszcze.

Noc z niedzieli na poniedziałek spędziłem na tym samym łóżku i znowu śniłem o koniach. Śniłem, że wóz, na którym siedziało kilku z nas, kolegów, zaprzężony był w parę koni, lecz przed nią w zaprzęgu jeszcze trzy konie "wporęcz". Konie szły raźno. Wóz wjechał nagle w grząskie błoto. Konie z trudem brnęły i ciągnęły wóz, lecz w końcu wyciągnęły go na twardą drogę i dalej potoczył się szybko.

Poniedziałek rano, drugi dzień świąt. Edek przyniósł kartkę, "Zettel", przenoszący mnie na blok 15. Sam też miał taką kartkę na blok 15. W wystawieniu tych kartek pomógł Edkowi kolega 173. Wstałem z łóżka, ubrałem się znowu w moje ubranie, które leżało w małym pokoiku obok sali i z Edkiem poszliśmy na blok 15. Tu weszliśmy do izby pisarskiej bloku, by zameldować się blokowemu, Niemcowi. Nastrój tu był świąteczny. Blokowy, najwyraźniej po wódeczce, grał z zapałem w karty z kapami. Stanęliśmy na baczność i zameldowaliśmy przepisowo i sprawnie swój przydział do tego bloku. Blokowy powiedział po niemiecku:

- Od razu widać, że stare numery. Przyjemnie słuchać jak meldują - rozpromienił się. Lecz nagle zmarszczył czoło: - Wy dlaczego do mego bloku?

- My jesteśmy piekarze.

- Ach, piekarze, no dobrze - mówił blokowy, zerkając jednocześnie w swoje karty. - A kapo piekarni już wie o tym?

- Jawohl. Myśmy z kapo już rozmawiali. On nas przyjmie do pracy.

Kapa piekarni myśmy jeszcze wcale nie widzieli, lecz skoro postanowiliśmy wprowadzać wszystkie władze obozu w błąd, więc brnęliśmy dalej zdecydowanie.

- No dobrze, dajcie Zettel i idźcie na salę.

Oddaliśmy kartki przeniesieniowe z bloku 20 na 15 i poszliśmy na salę w środowisko piekarzy. Na sali czekał już na nas Jasiek, lecz rozmyślnie nie podszedł od razu. Stanęliśmy przed kapem i powiedzieliśmy, że jesteśmy piekarzami, że umiemy pracować w piekarni mechanicznej (którą właśnie mieli uruchomić) i zostaliśmy jako piekarze przeniesieni na blok 15 i że blokowy nas zna (poznał co prawda przed chwilą), że jesteśmy starymi numerami i jemu w komandzie wstydu nie zrobimy. Kapo, który tu siedział za stołem, najwyraźniej był zaskoczony i niezdecydowany, lecz zanim powziął decyzję, Jasiek już zaczął mu coś szeptać i uśmiechać się. Kapo też się uśmiechnął, ale nic nie mówił. Potem Jasiek powtórzył nam, co mówił mniej więcej: "Kapo, to jest dwóch frajerów, co się nacięło. Oni myślą, że w piekarni to się chleba najedzą i że u nas to taka lekka praca. Kapo, daj mi ich do nocnego komanda, a ja im dam taką szkołę - pokazał swoją wielką pięść - że im się po jednej nocy odechce piekarni."

Tymczasem my wręczyliśmy kapowi na pierwszą znajomość jabłko, cukier i konfitury, które miałem z paczki przysłanej z domu. Kapo spojrzał z uśmiechem na Jaśka, później na jabłko i cukier. Może taksował nas, licząc na paczki, które mu możemy jeszcze dać w przyszłości. Potem na nas spojrzał i wreszcie powiedział: "No, popróbujemy, jacy z was piekarze".

Dzwon na apel, który ze względu na dzień świąteczny wypadał przed godziną 11.00, przerwał dalszą rozmowę z kapem i odwlekał wzajemne zwierzenia się z Jankiem. Apel przeszedł bez przeszkód i zamieszania. Na razie jeszcze stan obozu się zgadzał. Stojąc w szeregu myślałem o tym, że jeśli wszystko pójdzie tak, jak planujemy, to jest to mój ostatni apel w Oświęcimiu. I obliczyłem, że miałem ich około 2,5 tysiąca. Jak wielka skala porównawcza - w różnych latach na różnych blokach. Tak, kurs w obozie zmieniał się stale na łagodniejszy.

Po apelu zebraliśmy się wszyscy trzej na najwyższych łóżkach sali piekarzy i rozmawialiśmy głośno o rzeczach obojętnych lub o paczkach żywnościowych, gdyż wokoło siedzieli nieznajomi więźniowie. Od czasu do czasu porozumiewaliśmy się jednak na temat dla nas zasadniczy. Jasiek, który z Edkiem od razu się zaprzyjaźnił, udawał, że zainteresował się nami ze względu na nasze paczki świąteczne. Chodziło o to, żeby dziś jeszcze pójść na noc do piekarni, gdyż stan jaki wytworzyliśmy, wprowadzając w błąd władze, nie mógł trwać długo. Poza tym musiałem być niewidoczny dla znajomych więźniów z bloku 6 i dla pracowników paczkarni, bowiem widzieli mnie zdrowego już na lagrze, a ta wiadomość zainteresowałaby kapa i szefa paczkarni, po czym mógłbym podzielić los Olka. Można się było jeszcze spodziewać rozmowy na nasz temat kapa piekarni z blokowym i wyjaśniłoby się, że ani jeden, ani drugi nas nie znali. Należało więc postępować szybko i przełamać przeszkody.

Do piekarni na wieczorną zmianę chodziło ośmiu piekarzy. Było ustalone, że tylu potrzeba więźniów do piekarni na noc. Tak zapisano w "Blockführerstube" na bramie i nie można było tego zmienić. W każdym razie, myśmy tego zmienić nie mogli. Zmiana nocna była obsadzona przez więźniów, którzy nikomu miejsca nie ustępowali. Dobrą stroną było, że Jasiek był już w tej zmianie, lecz teraz należało zrobić jeszcze dwa miejsca. Jak przekonać piekarzy bez wzbudzania ich podejrzeń, żeby nie szli dziś na noc do pracy, a nam ustąpili miejsca. Mogą obawiać się, że chcemy im odebrać ich posady. Kto wie, może jesteśmy dobrymi piekarzami (nie twierdziliśmy, że nimi nie jesteśmy) i kapo ich wyrzuci z piekarni, a nas weźmie na stałe. Tłumaczyliśmy, że otwierana jest piekarnia mechaniczna i że wszyscy będziemy potrzebni. Że jesteśmy starymi numerami i mamy możność znaleźć sobie inną pracę, tym bardziej, że oni mówią, iż wcale nie jest tak dobrze i łatwo, pójdziemy tylko jeden raz, zobaczymy, jaka to praca i więcej nie będzi emy chcieli - znajdziemy sobie inne miejsce. Trudno wyszczególniać tu wszystkie argumenty i sposoby jakimi operowaliśmy, jednocześnie jednak musieliśmy udawać, że nie zależy nam aż tak bardzo i w tym czasie podsuwać im cukier, pierniki, jabłka. Rozdaliśmy wszystkie paczki, jakie mieliśmy za wyjątkiem małego pudełka z miodem, który dostałem z domu. Sprawa szła bardzo opornie.

Zdecydowaliśmy dawno, że z piekarni wrócić nie możemy, gdyż przede wszystkim ja (za samowolną zmianę komanda) trafię do SK, poza tym w piekarni się okaże, że piekarzami nie jesteśmy i już więcej do takiej pracy nas nie wezmą, a kapo wyrzuci z komanda. Lecz dlatego, żeby nie wrócić, trzeba było przedtem wyjść. A tu miejsca w zmianie nocnej nie było.

Około trzeciej po południu jeden z piekarzy zgodził się wreszcie ustąpić swoje miejsce na dzisiejszą noc, teraz chodziło nam o drugie miejsce. W międzyczasie biegałem do znajomych po niektóre rzeczy. Na blok 6 poszedłem bardzo ostrożnie po potrzebne mi rzeczy, niby dla chorego plt. 40 (blok 18a), który o moim planie wiedział. U niego zmieniałem dwa razy buty. Byłem u por. 76 (blok 27), który dał nam na drogę ciepłą bieliznę - granatowe spodnie narciarskie, które włożyliśmy pod spód. Kolega 101 (blok 28) dał mi na drogę granatową wiatrówkę.

Brakowało czasu, a wciąż jeszcze nie było miejsca w piekarni dla drugiego. Biegnąc z długimi butami, które po wypróbowaniu nie nadawały się, bo były niewygodne, natknąłem się prawie na starszego obozu. Postawiłem je na korytarzu bloku 25 pod drzwiami blokowego 80 i z braku czasu nie mogłem już wejść, żeby cokolwiek wyjaśnić. Wybiegając z bloku 25 wpadłem na kpt. 1, którego bez wyjaśnień serdecznie pożegnałem. Przebrałem się częściowo na bloku 22a w obecności płk. 122, kpt. 60 i kolegi 92. Z górnych łóżek, patrząc na szybkie ruchy przy wkładaniu pod pasiak wiatrówki i spodni narciarskich, kiwali głowami z przejęciem. Kpt. 60 z humorem powiedział swoje ulubione powiedzonko: "Uuu, niedoooobrze". Potem pożegnałem przyjaciela 59, który na drogę dał mi trochę dolarów i marek. Resztę przygotowań do drogi robiłem na górnym łóżku u przyjaciela, por. 98, przy tym pdch. 99 spał w najlepsze więc nie budziłem go.

Na bloku 15 doczekaliśmy godziny siedemnastej z minutami, aż wreszcie znaleźliśmy takiego piekarza, który - czy to z powodu, że chciał mieć w bogatych więźniach "starych numerach" przyjaciół w przyszłości, czy może chciał w nocy odpocząć - nabrał do nas zaufania, że go nie wykiwamy i pracy mu nie odbierzemy i zgodził się.

O osiemnastej byliśmy gotowi. Jasiek przebrał się w cywilne ubranie, które mu od por. 76 już jakiś czas temu wykombinowałem, gdyż jako unterkapo mógł wyjść do pracy za drutami w cywilnym ubraniu. Wzdłuż pleców, w pasie i na spodniach miał szerokie, jaskrawe lampasy, czerwoną farbą malowane. Nikt nie wiedział, ma się rozumieć, że lampasy te malował kolega 118, rozpuszczając proszkowaną farbę w wodzie, a nie w pokoście.

O godzinie 18.20 esesman od bramy donośnym głosem wołał: "Bäckerei!" Na ten sygnał my wszyscy, którzy należeliśmy już do nocnej zmiany piekarni, wybiegliśmy z bloku 15 i popędziliśmy do bramy. Dzień był słoneczny, obóz świętował, więźniowie zażywali spaceru. W biegu od bloku do bramy spotkałem kilku kolegów, którzy z największym zdziwieniem spoglądali na mnie, gdzie ja biegnę z piekarzami, kiedy mam taką dobrą pracę w paczkarni. Poznałem twarze por. 20 i ppor. 174, lecz się ich nie obawiałem. Uśmiechnąłem się do nich, byli to moi przyjaciele.

Przed bramą ustawiliśmy się w dwa szeregi do wymarszu. Do końca nie byliśmy pewni, czy któryś z piekarzy, co nam miejsce ustąpił, nie rozmyśli się jeszcze i nie przybiegnie pod bramę. Wtedy któryś z nas, nowych, musiałby zostać. Obaj musielibyśmy pójść sami, bo nawet jeśli by się chcieć wycofać, już by nie można spod bramy tego zrobić. Lecz stanęło nas razem ośmiu, tylu, ilu było trzeba. Otoczyło nas aż 5 esesmanów. Podczas liczenia nas przez okienko z "Blockführerstuby" Scharführer rzucił w kierunku naszej eskorty: "Paßt auf!". Czyżby się czegoś domyślali? Lecz był powód inny. Był to poniedziałek, dzień, w którym zawsze zmieniała się eskorta piekarzy, obejmując tę służbę na cały tydzień.

Ruszyliśmy w drogę.

Pomyślałem wtedy, ile to razy przekraczałem tę bramę, lecz nigdy tak jak teraz. Teraz wiedziałem, że wrócić w żadnym razie nie mogę. Już z tego powodu poczułem radość i jakby skrzydła. Lecz do odlotu było jeszcze daleko.

Maszerowaliśmy szosą koło garbarni. Dawno tutaj nie byłem. Przechodząc, rzucałem wzrokiem na budynki, dziedziniec, w myśli przebiegając wszystkie tu prace moje i postacie kolegów, z których część już nie żyła.

W miejscu gdzie wypada szosa, którą szliśmy od obozu na inną, przy której stały domy miasteczka, rozdzieliliśmy się na dwa oddziałki. Dwóch piekarzy i aż trzech esesmanów poszli szosą w prawo, w kierunku mostu, do małej piekarni. Niewspółmiernie wielka eskorta dla tamtych dwóch i mała dla nas, gdyż z nami sześcioma poszło tylko dwóch esesmanów, była spowodowana tym, że ci trzej esesmani kombinowali jakąś świąteczną popijawę.

My pomaszerowaliśmy w lewo. Wreszcie ujrzałem wielką piekarnię, wychodzącą na nasze spotkanie dzienną zmianę piekarzy, drzwi groźne, okute, wielkie i plac zmagań o nasze życie na dzisiejszą noc.

Po wejściu do piekarni, szliśmy w lewo - w osobnej izbie, złożony był węgiel. Tam ulokowaliśmy nasze rzeczy, rozbierając się całkowicie z powodu wysokiej temperatury.

Było tam dosyć ciemno. Ułożyliśmy osobno każdy swe rzeczy, rozdzielając na takie, które należało wziąć i na takie, co mieliśmy zostawić - pasiaki.

Z dwóch naszych esesmanów, jeden, mniejszy, jakby tknięty przeczuciem od razu zaczął oglądać drzwi wejściowe, kiwać głową i mówić, że nie są zbyt pewne. Wymowny Jasio zaczął z uśmiechem wmawiać w niego, że jest wprost odwrotnie. Drzwi ciężkie, okute, zamykają się na wielki zamek, od którego klucz nosi esesman przy pasie, drugi klucz zapasowy wisi we wgłębieniu w murze za szybką, którą dla wyjęcia klucza trzeba by było rozbić. Podejrzliwość esesmana podyktowana była może przeczuciem, lecz i obowiązkowością, którą tu od pierwszego dnia chciała wykazać nowa warta. Pod tym względem poniedziałek wygodnym dniem nie był. Pod koniec tygodnia esesmani już może przez kilka dni przyzwyczaili się nieco do pracowników i byli nieuważni, nie tak czujni.

Nowa zmiana warty dawała ten plus, że przyszła tu tak jak my z Edkiem, po raz pierwszy i nie wiedziała, że my jesteśmy nowi, toteż w obserwowaniu pracowników piekarni nie robiła różnicy między nami a innymi więźniami.

Co robiliśmy w piekarni? Wypiekiem chleba kierowali cywilni piekarze, którzy przychodzili tu z miasteczka, pracując również na dwie zmiany. Przez noc musieliśmy wypiec określoną ilość bochenków chleba. Zespół piekarzy, który nie zrobił w czasie swej pracy odpowiedniej ilości bochenków, szedł do bunkra - cywilni piekarze i więźniowie razem. Toteż był gwałtowny pośpiech przy pracy. Przez noc musieliśmy zrobić pięć wypieków; pięć razy we wszystkie piece chleb wsadzić i pięć razy wyjąć.

Mieliśmy próbować wyjścia z piekarni po drugim wypieku, gdyż po pierwszym było zbyt wcześnie. Tymczasem przeszedł pierwszy, drugi, trzeci i czwarty wypiek, a my wciąż jeszcze nie mogliśmy wyjść z piekarni. Tak jak przy pasjansie karty muszą się ułożyć i trzeba robić najrozmaitsze ich przekładanie i tasowanie, by pasjans się udał, tak również i tu krzyżujące się przebiegi piekarzy po mąkę, piłowiny, węgiel, wodę, odwożących gotowe już bochenki, wzajemnie sobie krzyżowały drogi w najrozmaitszych kierunkach, gmatwane jeszcze przez chodzących w ślad za nimi dozorujących esesmanów, musiały również tak się układać, by umożliwić nam znalezienie się w pewnym momencie w pobliżu drzwi nie objętych wzrokiem ani esesmana, ani piekarzy. A stawką tego pasjansa było życie.

Byliśmy zamknięci w piekarni z powodu konieczności wykonywania pracy, która musiała być robiona szybko i nie mogliśmy hamować biegu pracy innych piekarzy. Oblewaliśmy się potem z powodu wielkiego gorąca. Piliśmy wodę nieomal wiadrami. Usypialiśmy czujność esesmanów i piekarzy, robiąc wrażenie, że zajęci jesteśmy tylko pracą. We własnych oczach byliśmy, jak rzucające się, zamknięte w klatce zwierzęta, pracujące całym sprytem nad ułożeniem warunków wyjścia z klatki, koniecznie jeszcze tej nocy. Godziny biegły. Pasjans gmatwał się, nie układał, wyjście na razie było nie do zrealizowania. Możliwości to się zwiększały, to znowu zmniejszały. Napięcie nerwów to słabło, to przybierało na sile.

Drzwi były na widoku. Esesmani chodzili w przód i w tył podchodząc do samych drzwi. Okna, zamkniętego na kłódkę otworzyć nie można było, gdyż koło niego stale ktoś się kręcił. Gdy minął poniedziałek, a po północy rozpoczął się wtorek, sytuacja uległa pewnemu odprężeniu. Jeden z esesmanów położył się i spał, albo udawał, że śpi; w każdym razie nie chodził. Piekarze też wszyscy byli przemęczeni. Gdy koło godziny drugiej gotów był wypiek czwarty i pozostał tylko jeden, wtedy piekarze zrobili dłuższą przerwę i zaczęli się posilać.

Nasza trójka nie miała spokoju. Janek ubierał się już po kryjomu. My z Edkiem maskowaliśmy jego ruchy, niby przez gorliwość wożąc to węgiel, to wodę, przygotowując je do ostatniego wypieku. W rzeczywistości przygotowywaliśmy się do ostatecznego wysiłku - dokonania wyjścia. W pewnej chwili, gdy esesman szedł do drzwi w kierunku hali, Janek, wiedząc, że odwróci się dopiero za dwie trzy minuty, wymknął się w ubraniu, szybko odkręcił mutrę, która poddała się żelaznym rękom Janka łatwo i wypchnął śrubę z zaczepem, który upadł za drzwiami. W powrotnej drodze esesmana Jasio zniknął w komorze z węglem. My chodziliśmy z taczkami po węgiel. W następnej turze wędrówki esesmana od drzwi, gdy był do nich odwrócony plecami, Jasio szybko i bezgłośnie odsunął dwa rygle górne i dwa dolne. My, kursując z taczkami, zasłanialiśmy drzwi naprzemian. Piekarze, zmęczeni, siedzieli bądź leżeli wszyscy w wielkiej hali. Rygle zajęły więcej czasu niż mutra. Jasiek w ubraniu, już na oczach esesmana, wszedł do ubikacji, która była tuż przy drzwiach. Esesman nie zwrócił uwagi na to, że był on ubrany, może jako nowy sądził, że nad ranem jest to rzecz normalna.

Na razie niby szło dobrze. Nagle stała się rzecz nieprzewidziana. Tknięty jakimś przeczuciem, czy może wprost bezmyślnie, esesman podszedł do drzwi, stanął przy nich, twarzą do nich o jakieś pół metra i zaczął je oglądać. Odstawiłem taczkę mimo iż stałem za nim o jakieś 4 metry. Edek również zamarł z przerażenia koło stosu węgla. Obaj czekaliśmy tylko głośnego krzyku esesmana jako hasła, by rzucić się na niego, obezwładnić i związać. Dlaczego nic nie zauważył? Czy w ogóle miał oczy otwarte, czy też może śnił o czymś - tego już potem nigdy zrozumieć nie mogłem. Przypuszczam, że i on musiał się nad tym nazajutrz głowić w bunkrze. Odwrócił się od drzwi i pomaszerował spokojnie w stronę pieców. Gdy był od drzwi o jakieś 6 metrów, Jasiek wyślizgnął się z ubikacji, ja skoczyłem cicho po rzeczy i w sekundę później gwałtownie naciskaliśmy z Jasiem na drzwi. W tej chwili Edek, tuż za plecami jednego esesmana rzucił się z nożem szybko i bezgłośnie w stronę łóżka ze śpiącym drugim esesmanem i ... po przecięciu ka bli w dwóch miejscach wziął jego kawałek na pamiątkę! W tym czasie drzwi naciskane przez nas wyginały się łukiem, lecz nie puszczały. Esesman odchodził powoli, był od nas 8, za chwilę - 9 metrów. Wzmogliśmy nacisk na drzwi, które wygięły się jeszcze bardziej, lecz wciąż nie puszczały. Edek w tym czasie od łóżka esesmana skoczył po ułożone swoje rzeczy w komorze węglowej. Jasiek zdwoił siły, u mnie zdwojone było napięcie wszystkich nerwów - drzwi jednak wydawały się mocniejsze od nas. Włożyliśmy w nacisk na drzwi cały wysiłek, na jaki nas było stać, gdy w tem... gwałtownie i bezdźwięcznie rozwarły się one przed nami. Powiało chłodem na rozpalone nasze głowy, błysnęły gwiazdy na niebie, jakby mrugając porozumiewawczo. Wszystko to zmieściło się jakoś w jednym mgnieniu oka.

Skok w ciemną przestrzeń i bieg w kolejności: Jasiek, ja, Edek. Jednocześnie sypnęły się za nami strzały. Jak biegliśmy szybko - trudno opisać. Kule nas nie tknęły. Rwaliśmy powietrze w strzępy szybkimi ruchami rąk i nóg.

Gdy byliśmy mniej więcej sto metrów od piekarni, zacząłem krzyczeć: "Jasiek, Jasiek...", lecz Jasiek gnał naprzód jak koń wyścigowy. Gdybym mógł go dopędzić, chwycić za ramię. Odległość między nami trzema wciąż była jednakowa, pędziliśmy wszyscy równomiernie.

Strzałów za nami było dziewięć. Potem ucichło. Esesman przypuszczalnie rzucił się do telefonu. Ten, co spał, na pewno przez pierwszą minutę był całkowicie zdezorientowany.

Chciałem zatrzymać Jaśka, miałem bowiem w planie kierunek ucieczki pod kątem prostym w prawo od tego, w którym mknęliśmy. Udało mi się to mniej więcej po 200-300 metrach. Jasiek zwolnił, ja dopadłem go, Edek dobiegł również.

- No, co? - pytał Jasio zdyszany.

- Teraz już chyba nic - odrzekłem.

- Mówiłeś, że masz dalszy plan marszu?

Zgadzało się, plan miałem. Miałem przebrnąć Sołę i iść drugą stroną rzeki w kierunku odwrotnym - wprost na obóz i dalej na południe, na Kęty. Lecz bieg Jaśka w kierunku północnym wszystko zmienił. Teraz już zawracać było zbyt późno. Było po drugiej nad ranem. Należało się spieszyć.

- Więc co teraz? - pytali koledzy.

- Nic. Ubierajmy się - rzekłem. - Ja poprowadzę dalej.

My dwaj byliśmy prawie w kąpielówkach, z węzełkami z ubrań pod pachą. Biegliśmy dotychczas w pewnej odległości od rzeki, lecz wzdłuż Soły, na północ. Teraz, po przebraniu się i pozostawieniu dobrze ukrytych w krzakach spodni w pasy, które przez omyłkę wzięliśmy ze sobą, poprowadziłem nas na sam brzeg rzeki (lewy), i brzegiem, krzakami dalej na północ. Edek zapytany, czy ma paczkę ze sproszkowanym tytoniem, oświadczył, że miał, ale się w biegu wszystko wysypało. Jeśliby puścili psy po śladach, nawąchają się tej tabaki. Tytoń ten suszyłem i starłem na tabakę już bardzo dawno, jeszcze pracując w łyżkarni, skąd mieliśmy niegdyś przygotować ucieczkę dla kolegów. Teraz co prawda zbyt szybko się wysypała, lecz zawsze mogła nieco chronić ślady.

Nie zmieniając raz obranego kierunku na północ, mieliśmy przed sobą widły rzeczne. Soła wpadała do Wisły, lecz przed tym jeszcze przez Sołę w prawo był most kolejowy, podług zebranych wiadomości, strzeżony stale przez wartownika.

- Tomek, gdzie idziesz? - pytał Jasio.

- Nic nie gadaj. Nie mamy wyjścia innego i nie mamy wiele czasu. Idziemy możliwie najkrótszą drogą.

Zbliżaliśmy się do mostu. Szedłem pierwszy, miałem gumą podbite podeszwy. Za mną o 10-15 kroków szedł Jasio, a na końcu Edek. Ostrożnie, obserwując budkę z lewej strony na przyczółku mostu, wszedłem na nasyp kolejowy i most. Koledzy szli za mną. Cicho stąpając, zaczęliśmy jednak dość szybko posuwać się po moście. Przeszliśmy już trzecią część, potem połowę, zbliżaliśmy się do przeciwległego brzegu, do końca mostu... Na razie szliśmy bez przeszkód... Wreszcie, gdy most się skończył, skoczyliśmy szybko w lewo, z nasypu na łąkę czy pole. Niespodziewanie dla nas most przebrnęliśmy bez przeszkód. Posterunkowi musieli się gdzieś zabawiać w przyjemnym towarzystwie na święta...

Dalej, z lewej strony toru, obrałem kierunek na wschód, wzdłuż Wisły. Orientować się było łatwo, niebo było pełne iskrzących gwiazd. Już czuliśmy się w jakimś stopniu wolni. Od całkowitego uczucia wolności dzieliło nas jeszcze ciągle niebezpieczeństwo.

Rozpoczęliśmy bieg na przełaj. Z prawej strony zostawało miasteczko Oświęcim. Przesadzaliśmy rowy, przebiegaliśmy w poprzek drogi, biegliśmy po zaoranych polach i po łąkach, zbliżaliśmy się do Wisły, to znów oddalali, w zależności od skrętów rzeki. Później dopiero mogliśmy podziwiać, ile człowiek potrafi znieść, gdy pracują wszystkie nerwy. Zdobywaliśmy wznoszące się w górę zaorane pola, zjeżdżaliśmy po cementowanych skarpach, wdrapywaliśmy się jak koty na skraj regulowanych jakichś kanałów. Ominął nas, dopędzając, jakiś pociąg, gdy szliśmy wzdłuż torów.

Wreszcie po kilku kilometrach - jak nam się wtedy wydawało - dziesięciu, lecz było trochę mniej zza wyniosłości ujrzeliśmy przed nami, na naszej drodze płoty, baraki, wieżyczki, druty... Przed nami był obóz i tak dobrze znane nam pełzanie świateł reflektorów. W pierwszej chwili zdębieliśmy. Lecz w następnej wywnioskowaliśmy, że jest to filia naszego obozu, tak zwana Buna.

Nie mieliśmy czasu na zmianę kierunku. Świt barwił już niebo. W tempie przyspieszonym zaczęliśmy obóz obchodzić z lewej strony. Zetknęliśmy się z drutami. Zsuwaliśmy się znowu i drapali po skarpach. Przechodziliśmy kanały po kładce. W jednym miejscu ostrożnie stąpaliśmy po kładce, przez którą, pieniąc się, przelewała się woda. Omijaliśmy druty, obchodząc je w wodzie. Wreszcie i ten obóz został za nami.

Dobiegliśmy (bo ciągle jeszcze byliśmy zdolni biec) do brzegu Wisły i brzegiem zaczęliśmy posuwać się dalej, szukając na wszelki wypadek miejsc do ukrycia się we dnie.

Już dniało. Nie było dla nas większej osłony. Ciemny pasek lasu czernił się daleko na horyzoncie. Zrobiło się jasno zupełnie. Tuż, przy brzegu Wisły, stała wieś. Na wodzie kołysały się łódki, własność mieszkańców tej wioski. Postanowiłem przepłynąć łodzią przez Wisłę. Łodzie były przycumowane łańcuchami do wbitych pali. Łańcuchy zamknięte na kłódki. Obejrzeliśmy łańcuchy. Jeden z nich był połączony z dwóch kawałków za pomocą śruby. Jasiek wyjął klucz (kawał sztaby z otworem na mutrę), którym odkręcał śrubę w piekarni. Zaskoczył nas znowu zbieg okoliczności. Klucz akurat pasował na mutrę. Odkręciliśmy mutrę, łańcuch rozszedł się na dwoje.

Wschodziło właśnie słońce. Wsiedliśmy do łódki i odbiliśmy od brzegu. W każdej chwili mógł ktoś wyjść z domów wioski, odległych zaledwie od nas o kilkadziesiąt kroków. Kilkanaście metrów przed przeciwległym brzegiem łódź natknęła się na mieliznę. Nie mieliśmy czasu na spychanie. Skoczyliśmy do wody i brnęliśmy dalej pieszo, brodząc po pas aż do brzegu. Zgrzane przez całonocny bieg ciało i stawy zareagowały. Na razie nic jeszcze nie czuliśmy, szybko wyskakując na brzeg Wisły.

W odległości dwóch kilometrów od nas był ciemny pas lasu. Las - tak bardzo przeze mnie kochany, do którego tęskniłem przez kilka lat, w tym wypadku był zbawieniem, był pierwszą prawdziwą zasłoną w terenie, która nas mogła ukryć. Nie można powiedzieć, żeśmy do tego zbawienia pobiegli; biec nie mieliśmy już sił. Szliśmy przyspieszonym krokiem, ale czasami z braku sił zwalnialiśmy tempo.

Słońce świeciło już jasno. W oddali słychać było warkot motocykli na szosach, może nawet w pościgu za nami... A myśmy szli wolno. Moje i Edka ubrania, z bliska może nieco podejrzane, z daleka mogły ujść jako ciemne, nie rażące sylwetki. Natomiast piękny, cywilny garnitur Jasia raził z daleka krzyczącymi przeraźliwie czerwonymi pasami.

W oddali widoczni byli jacyś ludzie pracujący na polu. Musieli nas widzieć. Las zbliżał się powoli. Dziwne - po raz pierwszy w życiu poczułem zapach lasu z odległości blisko stu metrów. Nasze zmysły dobiegł potężny aromat, przemiły świergot ptaków, powiew wilgoci, zapach żywicy. Wzrok się zagłębiał w bliską już tajemniczość boru. Weszliśmy za kilkanaście pierwszych drzew i legliśmy na miękki mech. Leżąc na wznak wysyłałem ponad wierzchołki drzew myśl, która radośnie zwijała się w wielki znak zapytania. Metamorfoza. Co za kontrast z obozem, w którym, zdaje mi się, przeżyło się tysiąc lat.

Szumiały sosny, lekko kołysząc swe ogromne czapy wierzchołków. Niebieszczyły się skrawki przestworzy pomiędzy konarami drzew. Świeciły brylanty rosy na listkach krzewów i traw. Słońce miejscami wnikało złotymi promieniami, rozświetlając życie tysięcy małych istnień - świat żuczków, meszek, motyli. Świat ptaków, jak przed tysiącem lat, nadal tak samo w określonych ramach zwijał się, zbiegał, tętnił własnym życiem. A jednak pomimo tylu odgłosów, panowała tu cisza, cisza ogromna, cisza izolowana od wrzasku ludzkiego, od wszelkich podłostek bliźnich, cisza, w której nie było człowieka. Myśmy się nie liczyli. Dopiero wracaliśmy na ziemię. Do grona ludzi mieliśmy dopiero być zaliczeni. Jakże bardzo byliśmy radzi, że jeszcze ich nie widzimy. Zdecydowaliśmy być od nich jak najdalej, jak długo to będzie możliwe.

Bardzo długo bez ludzi trwać jednak byłoby trudno. Jedzenia wcale nie mieliśmy. Na razie jeszcze wielkiego głodu nie odczuwaliśmy; jedliśmy sałatę zajęczą, piliśmy wodę ze strumyka.

Byliśmy zachwyceni wszystkim. Cały świat był dla nas kochany. Tylko nie ludzie. Miałem pudełko miodu przysłane z domu i łyżeczkę. Kolejno częstowałem przyjaciół i siebie, każdemu jedną łyżeczkę.

Leżąc, omawialiśmy wypadki tej nocy. Jasio miał łysinę, więc nakrycia głowy nie potrzebował. My z Edkiem mieliśmy ostrzyżone głowy. Żeby ukryć brak włosów przed ludźmi, wzięliśmy z piekarni, z rzeczy piekarzy, dwie czapki cywilne, lecz Edek zgubił swoją podczas biegu przez krzaki w nocy. Teraz zawiązał chusteczkę na głowie. Dlatego nazwaliśmy go: Ewunia. Jasio dla odmiany nazwał się: Adamem, i patrząc na jakąś zieloną gałąź za nazwisko obrał: Gałązka. Pięknie pasowało do jego 90 kilogramów wagi.

Po wypraniu przez Jasia czerwonych pasów na garniturze w strumyku i po wysuszeniu przeze mnie zamoczonych w bucie czterech banknotów, pomaszerowaliśmy dalej na wschód, idąc lasami, niewielkie tereny otwarte przeskakując, większe obchodząc brzegiem lasu. Zasadą było - jak najdalej od ludzi.

Przed samym wieczorem mieliśmy niewielkie zajście z gajowym, który zobaczył nas z pewnej odległości, gdy zjadaliśmy resztę miodu i chcąc nas zatrzymać, zabiegł nam drogę. Wtedy wlazłem w młodniak, który nam wyrósł tu w porę i był tak gęsty, że można się było poruszać tylko pełzając. W młodniaku poleciłem zmienić kierunek i wybrnęliśmy z niego przy szosie. Przeskoczyliśmy szosę i znowu zaszyliśmy się w młodniak. Gajowy stracił ślad; myśmy się trzymali szosy, bo prowadziła zgodnie z napisami na słupach do miejscowości Z., która leżała na naszej trasie. Do miejscowości tej zbliżyliśmy się już po zachodzie słońca. Na górze przed mieściną wznosiły się ruiny zamku. Okoliliśmy teren otwarty przed miasteczkiem z lewej strony, przebrnęliśmy szosę pomiędzy domkami i udaliśmy się na zalesione wzgórze wprost do ruin zamku. Tu, na zboczu wzgórza, zakopani w zeszłoroczne liście legliśmy zmęczeni okropnie, by zasnąć... Tak minął wtorek, 27 kwietnia.

Edek zasnął natychmiast. My z Jaśkiem mieliśmy po zimnej kąpieli zapalenie stawów, a ja jeszcze na dodatek zapalenie nerwu kulszowego. Ostatnią godzinę marszu przemogłem tylko siłą woli. Prócz bólu w prawym biodrze miałem ból w stawach kolan, szczególnie dotkliwy przy schodzeniu z pochyłości; stąpałem zaciskając zęby. Teraz leżąc, odczuwałem mniejszy ból, lecz ciągle jednak mi dokuczał. Jasiek, leżąc, bólu nie czuł i zasnął również. Ja usnąć nie mogłem. Korzystając z tego, zacząłem rozważać, co robić dalej.

O osiem kilometrów stąd była granica pomiędzy Śląskiem przyłączonym do Trzeciej Rzeszy, a Generalnym Gubernatorstwem, przez którą mieliśmy się przedostać. Układałem plany przez długie godziny, już na wpół drzemiąc, jak dobrnąć, jak przejść granicę i gdzie się udamy potem. Raptem oświeciła mnie zbawcza jakaś myśl - aż usiadłem na liściach i syknąłem z bólu. Przypomniał mi się rok 1942. Praca w łyżkarni, gdzie na stanowisku pisarza był kolega 19, z którym rozmawialiśmy często bardzo szczerze. Mówił mi on o tym, do kogo pisuje listy, że stryj jego jest księdzem tuż przy samej granicy, że parafia księdza leży po obu stronach i że proboszcz jeździ za granicę i może jechać z furmanem, którego mu wolno ewentualnie za granicą zostawić... Do miejscowości, gdzie krewny mego przyjaciela był proboszczem, było 7 lub 8 kilometrów.

Edek przez sen zaczął coś mówić, początkowo niewyraźnie, lecz potem pytał jakiegoś Bronka czy przyniósł dla niego chleb (był głodny, więc w nocy marzył o jedzeniu). Nagle zerwał się z posłania i zapytał głośno, aż się Jasiek zbudził: "No co? Przyniósł chleb?"

- Kto miał przynieść chleb?

- No, Bronek...

- Uspokój się, kochany. Widzisz, jest las, zamek i my, śpiący w liściach. Śniło ci się.

Edek się położył. Lecz teraz ja się podniosłem. Była godzina czwarta. Postanowiłem rano dotrzeć do księdza. Mieliśmy niewiele kilometrów, lecz bolące stawy. Ja, z bólem w kolanach, ledwo ruszałem nogami. Jasiek, ociągając się, wstał, lecz się zatoczył i zaczął się zsuwać po pochyłości wzgórza. Z bólu w stawach o mało nie zemdlał. A jednak opanowaliśmy się. Pierwsze kroki były ciężkie i bolesne, szczególnie schodzenia z pochyłości. Ten odcinek, nieco krążąc, szliśmy dość długo. Początkowo bardzo wolno, potem troszkę prędzej.

Jasiek, żeby zasięgnąć języka, jako najprzyzwoiciej ubrany i nie potrzebujący ukrywać braku włosów na łysej głowie, podszedł do udającego się do roboty wieśniaka i gawędził z nim idąc.

Zbliżyliśmy się do miejscowości II. Na zalesionym wzgórzu widoczny był kościółek.

Jasiek odszedł od wieśniaka, połączył się z nami i powiadomił nas, że miejscowość, o którą nam chodziło to właśnie teren wokół wzgórza z kościołem. Lawirując między polami doszliśmy do drogi, przy której stał urząd celny. Sama granica była dalej na wzgórzu. Była godzina 7.00. W urzędzie było już paru ludzi, którzy nam się przyglądali badawczo z pewnej odległości. My jednak przeszliśmy drogę w poprzek, potem strumyk jakiś, idąc mostkiem i szliśmy dalej na oczach ludzi, starając się iść raźno i wesoło. Doszliśmy wreszcie do zalesionego wzgórza i po wejściu na jego zbocze, upadliśmy na ziemię okropnie zmęczeni. I jakby na nas czekając, odezwał się dzwon z wieży kościoła, który stał tuż, na szczycie pagórka.

- Trudno Jasiu, bracie kochany, musisz iść do kościoła. Ty wyglądasz po ludzku i w kościele możesz być tylko ty jeden z naszej trójki, bo możesz być bez czapki. Wysłałem Jaśka do księdza, któremu miał powiedzieć o tym, że byliśmy razem, tam w piekle, z księdza bratem, Franciszkiem i jego dwoma synami: Tadkiem i Lolkiem.

Jasio poszedł i długo nie wracał. Wreszcie przyszedł z miną niewyraźną i powiedział nam, że doczekał się księdza w kościele, bo miał odprawić mszę i że z nim rozmawiał, lecz ksiądz nie chciał wierzyć, że z Oświęcimia udało nam się uciec i wprost oświadczył, że lęka się, by to nie była jakaś pułapka. Ja myślę, że gdy ujrzał Jaśka uśmiechniętą od ucha do ucha gębę, to trudno mu było, słysząc o Oświęcimiu, od razu uwierzyć, że Jasiek tam siedział przeszło dwa i pół roku. I że udało mu się stamtąd uciec.

Wysłałem Jasia znowu, gdyż msza mogła się kończyć i pouczyłem dokładnie, który z krewnych na jakim bloku mieszkał, gdzie pojechali bratankowie, na jakim bloku ich ojciec zastał, a nawet, co pisali w listach na ostatnie święta Bożego Narodzenia... Jasio poszedł. Msza się skończyła. Jasio wszystko księdzu powiedział, dodając, że w krzakach leży dwóch jego kolegów, którzy nie mogą wyjść ze względu na włosy i dziwne ubranie. Ksiądz uwierzył i przyszedł razem z Jasiem do nas. Tu nad nami załamał ręce. Uwierzył ostatecznie we wszystko. Zaczął do nas co pół godziny przychodzić w zarośla, przynosząc nam mleko, kawę, bułki, chleb, cukier, masło i inne specjały. Okazało się, że to wcale nie był ten ksiądz, o którym myśmy myśleli - tamten również tu był, lecz o dwa kilometry dalej. Ten proboszcz znał tamtego i całą historię jego rodziny, co w Oświęcimiu siedziała. Nie mógł nas pod dach swój wprowadzić, gdyż zbyt wielu ludzi kręciło się stale na jego dziedzińcu. Nam i tu było bardzo dobrze wśród młodych świerków i krzewów. Ksiądz dał nam jakieś lekarstwo do natarcia stawów. Napisaliśmy tu pierwsze listy do rodzin, które wysłane zostały przez księdza.

Wieczorem, gdy się zupełnie ściemniło, ksiądz dał nam dobrego przewodnika. A jednak są dobrzy ludzie na świecie - powiedzieliśmy wtedy sobie. Tak się kończyła środa, 28 kwietnia.

Pożegnaliśmy księdza. Stawy kolanowe już mniej bolały. Poszliśmy wieczorem o godzinie 10.00 za przewodnikiem by przejść granicę. Przewodnik długo prowadził, kluczył, potem wskazał miejsce i powiedział: "Tu jest najlepiej!" Sam się cofnął.

Możliwe, że było tu najbezpieczniej, teren był zawalony ściętymi drzewami, drutami i przekopany rowami, że straż graniczna przypuszczała, iż tędy nikt nie pójdzie i pilnowała innych odcinków.

Pas szerokości może 150 metrów przebrnęliśmy dopiero po godzinie. Dalej już szliśmy szybko, terenem różnym, przeważnie już teraz trzymając się drogi. Była noc ciemna. Nie groziło nam rozpoznanie z odległości. Mogliśmy tylko natknąć się na patrol, lecz czujność i jakiś zwierzęcy instynkt prowadził nas na razie szczęśliwie. Czasami, gdy droga przybierała kierunek dla nas nieodpowiedni, skręcaliśmy, idąc na przełaj, orientując się według gwiazd, brnąc przez lasy, wpadając w jary, drapiąc się na zbocza. Przez noc przeszliśmy, zostawiając za sobą, jak nam się wydawało, wielki kawał terenu.

Pierwszy brzask zastał nas w jakiejś wielkiej wsi, która się ciągnęła kilometrami. Szosa we wsi skręcała w lewo. Nam wypadał kierunek w prawo, na skos. Ponieważ zobaczyliśmy z lewej, daleko, grupkę pierwszych w tym dniu ludzi, więc skręciliśmy w prawo i poszliśmy dalej polami, a później łąkami.

Słońce wzeszło. Był czwartek. Teren był całkowicie otwarty. Posuwać się w dzień było ryzykownie. Znaleźliśmy wielki krzak i w nim przesiedzieliśmy cały dzień, nie mogąc zasnąć z tego powodu, że był na podmokłym gruncie, a siedząc na kamieniu lub gałęziach krzaka trudno było usnąć. Wieczorem, gdy słońce zaszło, lecz było jeszcze widno, Jasiek wyszedł na rozpoznanie w kierunku naszego marszu. Zjawił się wkrótce, przynosząc wiadomość, że w pobliżu jest Wisła z prawej strony i że chcąc utrzymać dotychczasowy kierunek, należy ją tu przepłynąć. Są łodzie i jest przewoźnik, który może nas przewieźć na drugi brzeg.

Zdecydowaliśmy przepłynąć łodzią przewoźnika. Podeszliśmy do rzeki. Przewoźnik zmierzył nas wzrokiem. Wsiedliśmy do łódki. Łódź odbiła od brzegu. Wylądowaliśmy szczęśliwie po drugiej stronie. Po zapłaceniu markami przewoźnik jeszcze dziwniej na nas spojrzał.

Przed nami były III i samo miasteczko IV. Szliśmy główną drogą przez mieścinę. Ludzie po pracy wracali do domu. Spóźnione krowy spieszyły do zagród. Stojący przy swoich domach gospodarze, przyglądali się nam ciekawie. Chciało nam się bardzo jeść i napić się czegoś gorącego. Noce były zimne. Ja ostatnio spałem z niedzieli na poniedziałek w szpitalu w Oświęcimiu, lecz wejść do domów, do ludzi nie zdecydowaliśmy się jeszcze. Przy końcu miasteczka, z lewej strony przy bramie swego domu stał jakiś starszy człowiek i patrzył na nas. Cała sylwetka była tak sympatyczna, że powiedziałem do Edka, żeby zapytał o mleko. Edek podszedł i spytał, czy nie można kupić mleka. Gospodarz zaczął nam kiwać ręką i zapraszać do domu, mówiąc: "Chodźcie, chodźcie, dam wam mleka". Było w jego słowach coś takiego, co niepokoiło, wyglądał jednak tak uczciwie, że zdecydowaliśmy się wejść do jego domu.

Gdy przedstawił nam już swoją rodzinę, żonę i dzieci, wtedy stanął przed nami i powiedział: "Ja was o nic pytać nie będę, ale wy tak nie chodźcie." Potem wyjaśnił, że sam wiele w tamtej wojnie przeszedł, że nic nie chce wiedzieć. Nakarmił nas kluskami, jajami, chlebem i gorącym mlekiem, następnie zaproponował nocleg w stodole, gdzie zamknąłby nas na klucz.

- Wiem - powiedział - że mnie nie znacie i możecie się obawiać, toteż nie nalegam, lecz jeśli mi wierzycie, zostańcie i bądźcie spokojni.

Miał taką twarz, oczy i całą powierzchowność uczciwą, że zostaliśmy. W nocy, zamknięci w stodole, znowu pod kluczem, a jednak spaliśmy spokojnie, na prawdziwej poduszce od lat nie widzianej. Tak skończył się czwartek, 29 kwietnia.

Rano otworzył nam sam gospodarz, bez żandarmów. Nakarmił, napoił. Nagadaliśmy się serdecznie. Zmieniliśmy pieniądze. Był to szczery, uczciwy Polak, patriota. Więc są ludzie na świecie. Nazywał się 175. Cała jego rodzina serdecznie nas przyjmowała. Powiedzieliśmy, skąd idziemy. Napisaliśmy znowu listy do rodzin. Ma się rozumieć, nie na adresy znane władzom z Oświęcimia.

Po śniadaniu poszliśmy dalej - polami, lasami, zostawiając V i VI z lewej strony. Dalej szliśmy na VII. Z piątku na sobotę nocowaliśmy w jakiejś pojedynczo stojącej w polu chałupie, gdzie mieszkała para młodych małżonków z dziećmi. Przyszliśmy późno, wyszliśmy zanim wstali rano. Zapłaciliśmy, podziękowaliśmy i poszliśmy dalej. Ominęliśmy VII i szliśmy na lasy VIII.

Była sobota, 1 maja, gdy weszliśmy w lasy pachnące żywicą. Pogoda była piękna, słońce kładło przez konary złote plamy na usianej igłami ziemi. Wspinały się wiewiórki, przebiegały sarny. Prowadziliśmy na zmianę ja z Jaśkiem, Edek stanowił ariergardę. Dzień mijał na razie bez wypadku. Chciało nam się jeść.

Po południu od 14.00 prowadził Jasio. Weszliśmy na szeroką drogę, która szła dla nas w odpowiednim kierunku. Około 16.00 podeszliśmy do jakiegoś szerszego ruczaju, przez który był most. Za mostem stały budynki; z lewej strony drogi leśniczówka i parę szop, z prawej - inne zabudowania. Jasio szedł odważnie wprost na most i na leśniczówkę. Zbyt długo nam się wszystko udawało, więc przestaliśmy być ostrożni. Wprowadziło nas w błąd to, że nie było widać żadnej krzątaniny, a zielono pomalowane okiennice leśniczówki były wszystkie zamknięte.

Przechodząc koło leśniczówki spojrzeliśmy na dziedziniec, który był za nią i rozciągał się do szop. Na dziedzińcu maszerował w kierunku drogi i naszym, żołnierz niemiecki (możliwe że żandarm) z karabinkiem w ręku. Na pozór, zewnętrznie nie reagowaliśmy wcale, żeby możliwie długo maszerować dalej, a byliśmy już za leśniczówką jakieś 10 kroków. Cała nasza reakcja w takiej chwili działa się wewnątrz. Inaczej zareagował żandarm: "Halt!", lecz my maszerujemy dalej niby nic nie słysząc. - Halt! - rozlega się ponownie za nami i jednocześnie słychać szczęk repetowanego karabinu. Zatrzymujemy się spokojnie wszyscy z uśmiechniętymi minami. Żołnierz jest za ogrodzeniem dziedzińca, jakieś 30-35 metrów od nas. Z szopy odległej o 50 metrów wychodzi szybko drugi żołnierz. Więc my mówimy: "Ja, ja, alles gut" - i spokojnie zawracamy w ich kierunku.

Widząc nasz spokój, pierwszy żołnierz, który miał broń gotową do strzału, opuszcza karabinek. Wówczas, widząc to, mówię spokojnie: "Chłopcy, wiać!". I rzucamy się wszyscy w różne strony do ucieczki. Jasiek pod kątem prostym do kierunku marszu w prawo, Edek wzdłuż drogi w kierunku marszu, rowem, a ja pomiędzy nimi w prawo na skos. Jak biegliśmy, to znowu opisać trudno. Każdy biegł jak umiał. Skakałem przez pnie, ogrodzenie szkółki, krzaki. Strzelano w nas bardzo wiele razy, gwizdało koło uszu często. W pewnej chwili czułem gdzieś, chyba w podświadomości, że teraz któryś mierzy we mnie. Szarpnęło coś prawym ramieniem. Pomyślałem, że drań trafił, lecz nie czułem bólu. Biegłem dalej, szybko się oddalając. Zobaczyłem Edka, z lewej strony, daleko. Krzyczałem na niego. Zobaczył i zaczęliśmy się zbliżać, biegnąc we wspólnym kierunku. Byliśmy już dobrych 400 metrów od leśniczówki, a tamci wciąż strzelali. Ponieważ nas już widzieć nie mogli, sądziłem, że strzelają w Jaśka... może go zabili...

Tymczasem z Edkiem siedliśmy na wykrocie. Musiałem opatrzyć krwawiącą nieco ranę. Miałem przestrzelone prawe ramię, bez naruszenia kości. Poza tym muśnięte miałem ubranie. Spodnie i wiatrówka razem przestrzelone były w czterech miejscach. Edek proponował pozostać w wykrocie, lecz ja sądziłem, że będzie lepiej wydostać się szybko z tego rejonu, gdyż Niemcy mogą telefonicznie się porozumieć i zrobić większą obławę. Po zawiązaniu chusteczką rany, ruszyliśmy dalej z Edkiem na wschód. Myślałem, że z Jaśkiem mogło być niedobrze, gdyż strzelano długo w jego stronę.

W godzinę później przyszliśmy do jakiejś wioski, gdzie wprost powiedzieliśmy, że jesteśmy "chłopcy z lasu", że było nas trzech, a teraz jest dwóch. Słyszeli strzały, może przyjaciela zabito... Ci poczciwi ludzie dali nam mleka i chleba, no i przewodnika, który nas zaprowadził do promu. Promem przepłynęliśmy rzeczkę i znaleźliśmy się w jakiejś większej wsi. Tu znowu spotkaliśmy niemieckich żołnierzy, lecz oni szukali we wsi jedzenia, na nas wcale nie zwracając uwagi, sądząc przypuszczalnie, że jesteśmy tutejszymi mieszkańcami.

Wreszcie po opuszczeniu tej wioski ujrzeliśmy z dala miejscowość IX, najbliższy cel naszego marszu. Ponieważ jednak mieszkanie rodziny 164 było po drugiej stronie miasteczka, a było już w pół do ósmej wieczór (godzina policyjna była tu od ósmej) przez miasteczko ze względu na nasz wygląd nie chciałem iść, więc na noc zostaliśmy z Edkiem na strychu u jednego gospodarza, do którego domu doszliśmy, okalając miasteczko od strony północnej i wschodniej.

Rano w niedzielę, 2 maja, wybraliśmy się w niedaleką już drogę do państwa 176. Zbliżyliśmy się do ich domu i na ganku ujrzeliśmy starszego pana i panią, teściów 164, oraz młodą panią - jego żonę, i córeczkę Marysię. Gospodarze uśmiechnięci, powitali nas uprzejmie i o nic nie pytając, zapraszali do domu. W mieszkaniu przedstawiliśmy się jako koledzy 164. Gospodarze zapraszali nas do pomieszczeń, gdzie po otwarciu drzwi do jednego z pokoi zobaczyliśmy na łóżku śpiącego smacznie... Jasia. Po obudzeniu go rzuciliśmy się sobie w objęcia.

Jasio, ubrany przyzwoicie, już wczoraj wieczorem przeszedł miasteczko i zjawił się tutaj. Tym się tłumaczyło, że gospodarze - uprzedzeni przez Jasia, że przybędziemy - nic nam nie mówiąc, zapraszali nas z uśmiechem do domu.

Ubranie Jasia i tłumoczek, co niósł pod pachą, były przestrzelone w kilku miejscach; on sam nie był ranny. Moja rana była niegroźna. Udało nam się więc wszystkim.

U państwa 176 i od pani 177 doznaliśmy tak wielkiej serdeczności i gościnności, jak tylko we własnej rodzinie i we własnym domu po długim niewidzeniu doznać by można było. Tu powinniśmy chyba po kilka razy dziennie powtarzać, że są jednak ludzie na tym świecie...

Opowiadania o przeżyciach w Oświęcimiu wspólnych z przyjacielem naszym, a drogim dla nich 164 słuchane były z wielkim zainteresowaniem, z uczuciem serdecznym i życzliwością. Po zapoznaniu się i zdobyciu wzajemnego zaufania, wymieniając umówione hasła, prosiłem, by mnie skontaktowano z kimś z organizacji wojskowej. W parę godzin później rozmawiałem już z Leonem 178, którego po wymianie haseł prosiłem o kontakt z miejscowym komendantem placówki. Kolega Leon przedstawił mi możliwości porozumienia się z dwoma panami. Jeden z nich był z rejonu północnego IX, a drugi z rejonu południowego, mieszkał stąd o 7 kilometrów w miejscowości X. Powiedziałem, że jest mi wszystko jedno, więc Leon zaproponował, że pójdziemy może do komendanta w miejscowości X, gdyż to jest jego przyjaciel.

Gościłem u państwa 176 przez niedzielę i poniedziałek. We wtorek (4 maja) rano, ubrany w przyzwoite ubranie kolegi Leona, szedłem obok niego do X. Jasio i Edek pozostali nadal życzliwie u państwa 176.

Dzień był piękny, słoneczny. Szliśmy, rozmawiając wesoło. Leon prowadził ze sobą rower, na którym miał wrócić do domu, gdyż przypuszczał, że komendant placówki zatrzyma mnie gościnnie u siebie. Idąc myślałem nad tym, że tyle sensacji i dramatów miałem w ciągu ostatnich lat i oto skończyły się wszystkie. A los tymczasem przygotował znowu wielką, sensacyjną tym razem niespodziankę...

Mniej więcej w połowie drogi, w jakimś lasku, usiedliśmy na pniach, by odpocząć. Spytałem Leona przez ciekawość, jak się nazywa komendant placówki, do którego idziemy, bo i tak przecie poznam go wkrótce. Leon wyrzekł dwa słowa - imię i nazwisko. Dwa słowa... Dla innych słowa zupełnie zwykłe, dla mnie były to słowa szokująco niezwykłe. Niezwykły był to i niesamowity przypadek, dziwny zbieg okoliczności... Komendant placówki nazywał się tak, jak ja się nazywałem w Oświęcimiu. Więc to pod jego nazwiskiem siedziałem tyle dni w piekle, a on o tym nic dotąd nie wiedział. I teraz właśnie do niego mnie wiodła droga, do właściciela tego nazwiska.

Los? Ślepy los? Jeśli naprawdę był to tylko los, to na pewno nie był ślepy.

Zatkało mnie, przestałem mówić, a Leon spytał: "Co pan tak zamilkł?" - Ech, nic, zmęczyłem się trochę...

Obliczałem właśnie, ile przesiedziałem w Oświęcimiu. Było ich, w tym piekle za drutami, 947. Prawie już tysiąc.

- Chodźmy prędzej - powiedziałem - Czeka pana i komendanta placówki pewna niezwykła niespodzianka.

- Jeśli tak, to chodźmy.

Zbliżaliśmy się do pięknej miejscowości X, położonej w dołach i na pagórkach, z pięknym zamkiem na wzgórzu. Idąc, myślałem: no tak, tu przecież w IX, fikcyjnie się urodziłem. Tu jeździł niegdyś 158, by załatwić sprawę moją u księdza 160.

Na werandzie domku położonego wśród ogrodu siedział jakiś pan z małżonką i córeczkami. Podeszliśmy do nich. Kolega Leon szepnął mu, że może mówić otwarcie. Ja się przedstawiłem nazwiskiem, które nosiłem w Oświęcimiu. On odpowiedział: "Ja też jestem..."

- Ale ja jestem Tomasz - dodałem.

- Ja też jestem Tomasz - odrzekł zdziwiony.

Kolega Leon przysłuchiwał się tej rozmowie zdumiony. Pani obserwowała mnie również.

- Ale ja jestem urodzony - tu wymieniłem dzień, miesiąc i rok, który tyle razy w Oświęcimiu należało powtarzać przez lata przy każdej zmianie bloku lub komanda, przy spisach robionych przez kapów.

Pan omalże się zerwał z miejsca:

- Jak to, panie?! To są moje dane!

- Tak, to są pana dane, lecz ja przeżyłem pod nimi znacznie więcej od pana - i opowiedziałem mu, że siedziałem w Oświęcimiu przez dwa lata i siedem miesięcy, a teraz stamtąd uciekłem.

Różni ludzie różnie mogliby na to zareagować. Mój imiennik i właściciel nazwiska, które przez tyle dni, zdawało się być moim, rozwarł ramiona. Ucałowaliśmy się serdecznie i staliśmy się przyjaciółmi od razu.

- Lecz jakże to się stało? - pytał.

Spytałem, czy zna panią dr 83 z Warszawy? Tak jest. Mieszkał tam? Tak. Robiono tam dla niego dowód, wyjechał wcześniej, zanim dowód był gotowy. Potem ja skorzystałem z tego dowodu jako jednego z kilku lipnych, które posiadałem w tym czasie.

U państwa 179 mieszkałem 3,5 miesiąca. Przesłaliśmy wiadomość przez przyjaciół do księdza 160, żeby w księdze metrykalnej gumką wymazał napisane niegdyś ołóweczkiem koło nazwiska mego imiennika dane tak wówczas potrzebne.

Tu montowałem oddział przy pomocy 84 i 180, chcąc ewentualnie, jeśli z Warszawy przyjdzie akceptacja mego planu, uderzyć na Oświęcim po porozumieniu się z kolegami w obozie. Mieliśmy z kolegą 180 trochę broni i mundurów niemieckich. Napisałem list do rodziny, do przyjaciela 25, który niegdyś wysłany był z Oświęcimia dzięki ucieczce, z raportem, a obecnie był w Warszawie i pracował w jednym z działów Komendy Głównej. Napisałem do XI list do 44, który również był wysłany z Oświęcimia z raportem i także przez ucieczkę, chcąc nawiązać kontakt dla dalszej pracy.

1 czerwca z Warszawy przyleciał jak na skrzydłach mój przyjaciel 25, przywożąc mi cenne wiadomości, że pani E.O., do której pisałem listy z Oświęcimia, szczęśliwie mieszka nadal w tym mieszkaniu. Gestapo straszyło odpowiedzialnością tylko rodzinę. Nie mieli żadnej racji ani interesu wkraczać z interwencją do osoby w ich mniemaniu znajomej tylko. Do rodziny mojej śladu nie mieli i nie znali nazwiska.

25 przywiózł mi również dowód i pieniądze. Omówiłem z nim sprawę, tłumacząc, że do Warszawy nie pojadę na razie, póki mam nadzieję, że mi na Oświęcim z zewnątrz już teraz pozwolą uderzyć. Chyba że będzie wyraźny rozkaz - wtedy do Warszawy przyjadę. Przyjaciel, zmartwiony nieco, że samotnie wraca, pomimo że obiecał rodzinie przywieźć mnie ze sobą, odjechał do Warszawy.

5 czerwca zjawił się miejscowy gestapowiec i esesman z Oświęcimia najpierw u matki Tomka (mego imiennika) i pytali panią, gdzie jest jej syn. Odpowiedziała, że mieszka w pobliżu od wielu lat. Przyjechali do Tomka. Ja byłem wtedy bardzo blisko. Esesman musiał już być poinformowany przez miejscowego gestapowca, że 84 mieszka tu od dawna. Spojrzał tylko na jego twarz i na trzymany papier w ręku (pewnie porównywał z moją fotografią z wypchniętymi policzkami), spytał, czy owoce będą na jesieni i odjechał.

W pracy w X poznałem pierwszorzędnych ludzi i wartościowych Polaków, prócz państwa 179 jeszcze p. 181.

Następnie przyjaciel 25 przysłał z Warszawy paczkę z najnowszymi środkami walki z najeźdźcą i list, w którym pisał, że w Warszawie bardzo przychylnie się ustosunkowali nie do akcji na Oświęcim (a miałem taką nadzieję), lecz do odznaczenia mnie za pracę w Oświęcimiu. Przyjaciel wciąż też miał nadzieję, że sprawa zezwolenia na akcję pójdzie dobrze. Tymczasem w lipcu otrzymałem list z tragiczną informacją o aresztowaniu gen. Grota. Wobec sytuacji nieco gorączkowej w Warszawie, zrozumiałem, że teraz odpowiedzi w sprawie Oświęcimia nie mogę tu oczekiwać i zdecydowałem pojechać do Warszawy.

23 sierpnia byłem już w Warszawie. We wrześniu przyjechał do Warszawy Jasio, w grudniu - Edek. Pracowałem w Warszawie w jednej z komórek KG. Przedstawiałem odpowiednim czynnikom sprawę pozostałych w Oświęcimiu kolegów i potrzebę wyraźnego postawienia tam organizacji.

Dowiedziałem się, że 161 będąc na Pawiaku, sypał górę organizacji w Oświęcimiu, że poszedł na pracę dla Niemców. Został zwolniony z Pawiaka i chodził po Warszawie z pistoletem w kieszeni, wkrótce został zlikwidowany na Placu Napoleona.

Byłem w kontakcie listowym z kolegami w Oświęcimiu przez ich rodziny na wolności. Podtrzymywałem na duchu, lecz uważałem, że to za mało. Wkrótce przyszła wiadomość, że zgineli przez rozstrzelanie /może na skutek zeznań 161/ szereg przyjaciół w Oświęcimiu, z góry naszej tam organizacji.

Widziałem na liście do wykończenia w Kedywie nazwisko Westrycha Wilhelma, który mnie kiedyś ratował w Oświęcimiu. Wiedziałem, że jest drań, lecz nawet jeśli bym chciał coś w tej sprawie zmienić, było za późno, gdyż koło nazwiska była notatka: wykonane dnia...

Spotkałem idącego ulicą Sławka, z którym kuliśmy razem w Oświęcimiu kilofami, marząc o tym, że on mnie kiedyś na obiad w Warszawie zaprosi. Obaj byliśmy optymistami i, jak mówili wtedy ludzie, myśleliśmy nierealnie. I oto obaj znowu spotkaliśmy się w Warszawie żywi. On niósł jakąś paczkę i na mój widok omal nie wypuścił jej z rąk. Obiad jadłem nieraz u niego i to według menu, które układaliśmy w piekle.

Mieszkałem w domu, skąd poszedłem w 1940 roku do Oświęcimia i gdzie pisywałem listy do pani E.O., tylko o piętro wyżej. Dawało mi to zadowolenie z powodu pewnego wyzwania w stosunku do władz. Nikt nigdy do końca okupacji nie zjawił się u pani E.O. w sprawie mego zniknięcia z Oświęcimia. Do siostry Jasia ani do rodziny Edka również nikt nie przyszedł.

Przedstawiałem plan akcji na Oświęcim szefowi planowania akcji Kedywu ("Wilk"-"Zygmunt") w jesieni 1943 roku, który mi powiedział: "Po wojnie pokażę panu taki plik akt na temat Oświęcimia, gdzie są i wszystkie meldunki pana."

Napisałem ostatni raport na temat Oświęcimia na 20 stron maszynowego pisma i na ostatniej stronie koledzy, którzy meldunki wieźli, napisali mi własnoręcznie co, komu i kiedy w tej sprawie składali. Zebrałem takich oświadczeń osiem, gdyż reszta kolegów albo nie żyła, albo była w Warszawie nieobecna.

Prócz pracy w pewnym dziale K.G. zajęty byłem opiekowaniem się rodzinami więźniów Oświęcimia żyjących, lub tych, którzy zginęli. Pomagał mi w tym kolega 86. Pieniądze na zapomogi dostawaliśmy przez dobrze zorganizowaną komórkę złożoną z trzech pań 182, które poświęcały wiele pracy więźniom i ich rodzinom. Przez panie te zawiadomiony byłem razu pewnego, że jest ktoś, w czyim regionie pracy leży Oświęcim. Że jest "pistolet", doskonale pracę postawił i może przez niego będzie można dotrzeć do więźniów w Oświęcimiu, gdyż ostatnio kontakt przez organizację w terenie się urwał. Pan ten wyjeżdżał już i nie mogłem go zobaczyć, ponieważ jednak tak dobrze pracę prowadził i twierdził, że może wejść w kontakt z więźniami, chciałem ułatwić mu drogę i podałem nazwisko kolegi, więźnia Oświęcimia Muzyna, żeby powołał się na Tomasza i dla orientacji powiedziałem mu, że Tomasz wyszedł na Wielkanoc.

Wśród pewnych kolegów spotykałem kilka razy kolegów z Oświęcimia, którzy wcale pewnymi nie byli (zwolnieni dawniej), lecz ci sądzili, że ja też jestem zwolniony.

10 czerwca 1944 roku na Marszałkowskiej ktoś raptem otworzył ramiona i powiedział: "No, nie wierzę, żeby ciebie z Oświęcimia wypuścili." Ja odpowiedziałem, że również nie wierzę, że wypuścili jego. Był to Olek 167. Ten szczęściarz jak kot zawsze na cztery łapy spadał. Wkręcił się jako lekarz z SK do transportu do Ravensbrück i stamtąd uciekł.

Zawiadomiły mnie panie 182, że ten, co pracuje w rejonie Oświęcimia znowu tam jedzie i chce mnie widzieć. Pospieszyłem na spotkanie. Przyszedłem parę minut wcześniej przed przyjściem tego pana. Panie dyskretnie pozostały w innym pokoju, czekając, co wyjdzie ze spotkania takich asów. Czekałem chwilę, sądząc, że przyjdzie jakiś orzeł. Drzwi się otworzyły i ... wtoczyła się kuleczka - mała, łysa, z zadartym noskiem. No, wygląd zewnętrzny niczego nie mówi. Siadamy i pan ten energicznie przystępuje do sprawy w te słowa: "A co, żebym ja wziął deskę i namalował murzyna? I tak z tą deską z namalowanym Murzynem pod mur Oświęcimia się podsunął?"

Wstałem, przepraszając i poszedłem do pań: "Z kim panie mnie skontaktowały? Czy można z nim rozmawiać poważnie?"

- Ależ można. To jest doskonały organizator i ... - tu wymieniły stopień.

Wróciłem, myśląc, że widocznie taki ma sposób rozpoczynania rozmów i nakazując sobie cierpliwość. Pan ten, gdy zająłem miejsce przy stole, powiedział wtedy, widząc, że jakoś ten murzyn mi nie odpowiada: "Albo może nie Murzyna, a namalowałbym św. Tomasza, albo babkę wielkanocną?"

Dusiłem się teraz od wewnętrznego śmiechu i myślałem, że połamię krzesło, w które wpijałem palce obu rąk aż do bólu, by śmiechem nie wybuchnąć. Wstałem i powiedziałem, że dzisiaj niestety rozmowa nasza nie dojdzie do skutku, bo spieszę gdzie indziej. To nie jest mój wymysł, tak było naprawdę.

W końcu lipca 1944 roku, tydzień przed powstaniem, ktoś zatrzymał mnie jadącego rowerem ulicą Filtrową, wołając: "Hallo". Zatrzymałem się niechętnie, jak zawsze w czasach konspiracji. Podszedł do mnie jakiś pan. W pierwszej chwili go nie poznałem, lecz trwało to tylko moment. Był to mój przyjaciel z Oświęcimia, kpt. 116.

W powstaniu braliśmy udział z Jaśkiem na jednym odcinku. Opis naszych poczynań i śmierć mego przyjaciela opisana jest w historii I Batalionu "Zgrupowania Chrobry II".

Edek dostał w akcji 5 kul, lecz szczęśliwie wyszedł z tego.

W akcji powstania był ciężko ranny przyjaciel 25.

Spotkałem również w akcji powstania przyjaciela 44.

Potem, gdzie indziej, spotkałem kolegów, którzy siedzieli prawie do końca w Oświęcimiu (styczeń 1945 r.): 183 i 184. I było mi niezmiernie miło, gdy opowiadali o echach ucieczki przez piekarnię. O tym, że obóz śmiał się z wyprowadzenia w pole władz obozu i o tym, że żadnych represji w stosunku do kolegów nie było. Za wyjątkiem pilnujących nas esesmanów, którzy siedzieli jakiś czas w bunkrze.

Podaję tu liczbę ludzi, którzy zginęli w Oświęcimiu.

Gdy wychodziłem z Oświęcimia zapamiętałem numer bieżący 121 tysięcy z czymś. Żyjących, takich, którzy wyjechali transportem i zwolnionych było około 23 tysięcy. Zginęło około 97 tysięcy numerowanych więźniów.

Nie ma to nic wspólnego z ilością ludzi, których masami, bez ewidencjonowania, gazowano i palono. Tych, na podstawie obliczeń codziennie notowanych przez pracujących w pobliżu komanda, do chwili mego wyjścia z Oświęcimia, zginęło ponad dwa miliony.

Podawałem te liczby oględnie, żeby nie przesadzić, raczej codziennie podawane liczby należałoby przedyskutować dokładnie.

Koledzy, którzy tam dłużej siedzieli i byli świadkami gazowania dziennie po osiem tysięcy ludzi podają liczbę plus minus pięciu milionów ludzi.

Teraz chciałem jeszcze powiedzieć, co czułem w ogóle wśród ludzi, gdy się znowu pomiędzy nimi znalazłem, wracając z miejsca, o którym naprawdę można powiedzieć: "Kto wszedł, ten umarł. Kto wyszedł, ten się narodził na nowo". Jakie wrażenie odniosłem nie wśród tych najlepszych lub najgorszych, lecz w ogóle w całej masie ludzkiej po powrocie do życia na ziemi.

Czasami wydawało mi się, że chodząc po wielkim domu, otworzyłem nagle drzwi do jakiegoś pokoju, gdzie są same dzieci... "aaa!... dzieci się bawią..."

Tak, był przeskok zbyt wielki w tym, co dla nas było ważne, a co za ważne uważają ludzie, czym się kłopoczą, cieszą i martwią.

Lecz to jeszcze nie wszystko... Zbyt widocznym stało się teraz powszechne jakieś krętactwo. Biła wyraźnie w oczy jakaś praca niszcząca nad zatarciem granicy pomiędzy prawdą a fałszem. Prawda stała się tak rozciągliwa, że naciągano ją, przysłaniając wszystko, co ukryć było wygodniej. Skrzętnie zatarto granicę pomiędzy uczciwością a zwykłym krętactwem.

Nie to jest ważne, co napisałem dotychczas na tych kilkudziesięciu stronach, szczególnie dla tych, co będą je czytać li tylko jako sensację, lecz tutaj chciałbym pisać tak wielkimi literami, jakich nie ma, niestety, w maszynowym piśmie, żeby te wszystkie głowy, co pod pięknym przedziałkiem mają wewnątrz przysłowiową wodę i matkom chyba tylko mogą dziękować za dobrze sklepione czaszki, że owa woda im z głów nie wycieka - niech się trochę zastanowią głębiej nad własnym życiem, niech się rozejrzą po ludziach i zaczną walkę od siebie, ze zwykłym fałszem, zakłamaniem, interesem podtasowanym sprytnie pod idee, prawdę, a nawet wielką sprawę.

KONIEC

 

Przejdź do - Raport "W"

Przejdź do - Raport "Teren S"

Przejdź do - Raport Witolda cz.1


Przygotował : Matthias (źródło)