W czasach gdy w Polsce ogłoszono, że "skończyła się komuna, a u naszych sąsiadów wciąż stał mur berliński, Armia Czerwona nie myślała jeszcze o opuszczeniu naszego kraju. To właśnie za sprawą ich oficera i samolotu odrzutowego MIG-23, doszło do nieprawdopodobnego zdarzenia w okolicach Kołobrzegu, które w ciągu niespełna 70 minut postawiło na nogi pół Europy. Historia mogła by być nawet śmieszna, ale skończyła się tragicznie dla zupełnie niewinnego, młodego człowieka.

Zacznijmy jednak od początku. Pod Kołobrzegiem, znajduje się lotnisko Bagicz (niem. Bodenhagen), które należało w czasie wojny do Twierdzy Kołobrzeg (niem Festung Kolberg). Już od marca 1945 (do maja 1992 roku) teren lotniska o powierzchni 1 624 800m2, był w rękach Armii Radzieckiej.




Z czasem obszar ten został nawet wyłączony z polskiej jurysdykcji (1956r.), co oznaczało, że polskie służby nie miały tam w ogóle wstępu. Od 1965 r. miejsce to nosiło kryptonim "Masandra”, a lotnisko oraz zbudowane wokół niego miasteczko żyło własnym rytmem. Lotnisko było wyposażone w poniemiecki pas startowy, który Rosjanie powiększyli do długości 2500 m i szerokości 40 m, dla potrzeb samolotów odrzutowych. Od 1973 roku jednostka wyposażona została w budzące strach w szeregach NATO samoloty MiG-23. W 1989 roku, tzn. w okresie kiedy doszło do zdarzenia, na wyposażeniu lotniska były odrzutowe samoloty myśliwskie MIG-23MF, o zmiennej geometrii skrzydeł.





Załogę takiego samolotu stanowił jeden pilot. Rozpiętość rozłożonych skrzydeł tej maszyny wynosiła 13,97 m, złożonych 7,78 m, długość całkowita samolotu to 16,71 m, wysokość 4,82 m, zaś masa własna 10 400 kg. MIG ten mógł osiągnąć pułap 18 500m i zasięg 3000km.



Feralnego dnia, 4 lipca 1989 roku, za sterami samolotu z numerem taktycznym 29, zasiadł doświadczony pilot, a zarazem szef Wydziału Politycznego 239 Baranowickiej Dywizji Lotnictwa Myśliwskiego, pułkownik Nikołaj Skuridin. W Polsce stacjonował od roku, mając za sobą 1700 godzin spędzonych za sterami różnych, odrzutowych myśliwców, w tym 527 godzin na Mig-ach 23. Ten dzień, był jednak jego pierwszym po odbytym urlopie. O godzinie 9.14 z bagickiej płyty lotniska poderwała się do lotu jego maszyna w ramach zwyczajnego lotu treningowego. Według odtworzonego zapisu czarnej skrzynki w 29 sekundzie lotu, na wysokości 100 metrów, w samolocie lecącym z prędkością 400 km/h, gdy Skuridin włączył dopalacz (zwiększenie ciągu) silnik tracił moc - spadały jego obroty. Po błyskawicznej analizie pilot uznał, że silnik uległ uszkodzeniu, ponieważ jego obroty były niższe niż minimalne wymagane wartości. Skuridin upewnił się, ze maszyna leci w kierunku Bałtyku i katapultował się. Baza wiedziała o całym zdarzeniu, więc chwilę później wysłano w ten rejon dwa kolejne myśliwce, które nie namierzyły samolotu uznając z całą pewnością, że wpadł do morza.

Dalszego biegu zdarzeń nie był w stanie przewidzieć nikt, a jej przebieg i finał stały się jedną z najbardziej niezwykłych historii w dziejach lotnictwa.

Otóż maszyna nie wpadła do morza. Jakimś cudem moc silnika wróciła, samolot zaczął wzbijać się aż do pułapu 12 300 m, po czym systemy pokładowe ustabilizowały lot kierując go na zachód z prędkością 700 km/h.

Maszyna przeleciała nad terytorium Niemieckiej Republiki Demokratycznej, następnie około 9.44 przekroczyła granicę RFN w okolicy miasta Danneberg. Tam MIG-a namierzył amerykański samolot radarowy E-3 Sentry, i po chwili towarzyszyły mu dwa myśliwce F-15. Dowództwo NATO, nie mogło uwierzyć w meldunek, który mówił o otwartej kabinie i braku pilota. Piloci F-15 meldowali również o braku uzbrojenia. Obliczono wtedy, że maszyna z dużym prawdopodobieństwem rozbije się w Morzu Północnym, a ewentualne zestrzelenie mogło by narazić ludność cywilną na ziemi, dlatego piloci F-15 otrzymali rozkaz eskortowania myśliwca.

Chwilę później MiG-23 był już nad Holandią. Holenderscy kontrolerzy lotów z bazy Nieuv Millingen uderzyli na alarm, sugerując możliwy samobójczy atak nuklearny bądź biologiczny. Wtedy też, w pełnej gotowości stanęło lotnictwo francuskie, które otrzymało jednoznaczny rozkaz zestrzelenia maszyny w momencie przekroczenia francuskiej granicy. W powietrze wzbiły się w pełni uzbrojone samoloty Mirage. Trudno się dziwić, bo bezpilotowy MIG miał przelatywać nad Lille. Do powietrznej konfrontacji jednak nie doszło. O godz. 10.37, nad Belgią, tuż przy granicy z Francją, z powodu braku paliwa radziecki odrzutowiec, nie wysunąwszy podwozia, szybując z prędkością 300–330 km/h spadł na dom mieszkalny na obrzeżach flandryjskiego miasta Kortijk.







Przybliżona trasa radzieckiego "bezzałogowego" myśliwca MIG-23



Na nieszczęście, w zniszczonym przez katastrofę domu, był młody, 19-letni mężczyzna, który zginął na miejscu. W krótkim czasie na miejscu pojawił się tłum fotoreporterów, fotografujących odrzutowiec, który samodzielnie pokonał 900 km, pokonał granicę dzielącą żelazną kurtyną Europę i osiadłszy w pobliżu Francji "dumnie" prezentował na stateczniku pionowym czerwoną gwiazdę.

Jako pierwszy na katastrofę, jeszcze 4 lipca, zareagował rząd Królestwa Belgii. Minister spraw zagranicznych Mark Eyskenes oficjalnie zażądał od ambasadora ZSRR w tym kraju, Feliksa Bogdanowa, natychmiastowych, obszernych wyjaśnień. Następnie rządy RFN, Holandii i Belgii, państw nad których terytorium przeleciał samolot, wniosły na drodze dyplomatycznej protesty w związku z brakiem ze strony radzieckiej informacji o zagrożeniu i zażądały na przyszłość natychmiastowego powiadamiania o wypadkach tego typu. Rząd belgijski oprotestował dodatkowo trudności z uzyskaniem informacji na temat uzbrojenia samolotu, co utrudniało akcję ratowniczą. Ostatecznie okazało się, że była to jedynie amunicja do działka pokładowego kalibru 23 mm. Pretensje dotyczyły również braku jakiegokolwiek ostrzeżenia o zbliżającym się ku zachodowi odrzutowcu, na ironię takiej informacji ZSRR nie mógł podać, bo miał przekonanie, że samolot leży na dnie Bałtyku.


Przekazywanie wraku samolotu delegacji radzieckiej



Dzień po zdarzeniu oficjalną informację na jego temat opublikowała gazeta "Krasnaja Zwiezda”. Kolejnej doby natychmiast odwołany z Bagicza do Moskwy pułkownik Skuridin wystąpił podczas konferencji prasowej.

– Powinienem był przewidzieć skutki takiego bezzałogowego lotu i pozostać na pokładzie maszyny do końca – mówił.

Krótko potem przeszedł załamanie nerwowe. Delegacja Ministerstwa Obrony ZSRR, podczas wizyty w Belgii w celu badania wraku wykluczyła winę pilota. Stwierdzono, że w związku z oddziaływaniem morskiej wody mechanicy nie dostrzegli oznak korozji w silniku samolotu, a to one legły u podstaw jego wadliwego działania. Później w oficjalnej wersji wypadku orzeczono, że przyczyną katastrofy była korozja elektrochemiczna posrebrzanych styków w obwodach automatycznego układu sterowania silnikiem. Doprowadziło to do samoczynnego zamknięcia elektromagnetycznych zaworów kontrolujących ciśnienie paliwa w układzie przeciwpompażowym samolotu. Skorodowany styk przewodził prąd na jednym ze złączy powodując niestabilną pracę silnika. Czynnikiem przyspieszającym tego typu korozję jest woda morska, która dostaje się do silnika.


Rodzinie ofiary katastrofy Moskwa wypłaciła odszkodowanie.


Istnieją spekulacje, iż ze względu na trudne do przewidzenia zachowania ze strony żołnierzy radzieckich w Bagiczu, których potwierdzeniem miał być lipcowy wypadek, do zaniechania wizyty w Kołobrzegu przekonano pielgrzymującego w 1991 r. do Polski papieża Jana Pawła II. Dlatego papież odwiedził tylko Koszalin i udał się prosto do Przemyśla.





Zebrał i przygotował : Matthias

źródła :

www.mapy.blink.pl

www.pl.wikipedia.org

www.blog.seniorennet.be

www.qa.operatorchan.org

www.militaryphotos.net