"Poszukiwanie skarbów na własną rękę to ryzykowna zabawa. Archeolodzy alarmują, że przynajmniej połowa polskich stanowisk jest zagrożona działaniami pasjonatów z wykrywaczami metalu. Z drugiej strony niedoprecyzowane prawo zniechęca wielu z nich do legalizowania swoich poszukiwań. Czy jest wyjście z tej sytuacji?

Skarb

Rekordowo niski stan wody w Wiśle w pierwszych tygodnia września, był nie lada gratką dla archeologów. Niezbyt często zdarza się, by królowa polskich rzek odsłaniała dno swego koryta. I to do tego stopnia, by można było po nim swobodnie chodzić, gdzieniegdzie nawet bez kaloszy. W efekcie udało się wydobyć 5 ton skarbów pochodzących z XVII wieku. Głównie były to fragmenty architektoniczne budowli, które Szwedzi rabowali podczas Potopu. Wszelkie dobra ładowali na barki i spławiali Wisłą. Wiadomo, że przynajmniej jedna z nich, zatonęła na terenie Warszawy. W całym kraju było ich więcej.

– Gdyby wydobyć wszystkie skarby, które leżą na dnie Wisły, to udałoby się odbudować kilka wspaniałych sal z Zamku Królewskiego – mówił reporterowi stacji TVN Warszawa, Marcin Jamkowski, nurek i reżyser filmu „Uratowane z Potopu”.

Z kolei na wysokości Wałowic (powiat opolski) wędkarz znalazł dwa granaty moździerzowe pochodzące z okresu II wojny światowej. Aż trudno sobie wyobrazić jakie jeszcze skarby kryje najdłuższa polska rzeka, która była świadkiem niejednej wojny minionych epok. Z tego powodu nie tylko archeolodzy szukają skarbów w wyschniętych fragmentach rzeki. Na terenie całego kraju z wykrywaczami metalu, ziemie przeczesuje setki hobbystów, dla których jest to sposób na spędzenie wolnego czasu. Oczywiście nie przychodzą tylko nad Wisłę, lecz szukają wszędzie gdzie tylko może być coś cennego. Problem w tym, że większość robi to nielegalnie.

Co kryje polska ziemia?

Trudno określić dokładną liczbę osób, które na własną rękę (tzn. bez odpowiedniego zezwolenia) urządzają wypady z wykrywaczem metalu. Szacuje się, że w Polsce może to być nawet kilkadziesiąt tysięcy osób. Efekty widać na licznych forach internetowych, na których chwalą się swoimi fantami (tak w środowisku poszukiwaczy skarbów nazywa się znaleziska). Niektóre z nich wyglądają naprawdę imponująco. Pytanie, czy nie powinny znajdować się w muzeum zamiast w prywatnych rękach?

Skarbem, który od lat rozpala wyobraźnię poszukiwaczy i historyków jest słynna Bursztynowa Komnata, zamówiona na początku XVIII wieku przez Fryderyka I Hohenzollerna i przekazana w darze carowi Piotrowi I Wielkiemu. W 1941 r, została jednak zrabowana przez Niemców, a następnie przewieziona do zamku w Królewcu. W 1944 roku komnatę ponownie zapakowano do skrzyń i umieszczono w zamkowych podziemiach. Od tamtego czasu nikt nie wie co się z nią stało.

O tym co kryje polska ziemia co jakiś czas możemy się przekonać słuchając wiadomości. W sierpniu zeszłego roku ze starorzecza Warty, w okolicach Pyzdr, wydobyto na przykład wrak niemieckiego ciągnika Sd.Kfz 6. Co ciekawe jest to jeden z pięciu tego typu pojazdów na świecie! W 1945 r. przejęli go Rosjanie i wykorzystywali do czasu aż nie zatonął w kanale. Dziś, dzięki staraniom pracowników Muzeum Broni Pancernej, po 66 latach spędzonych w mule, udało się zrekonstruować i odnowić pojazd. Nie trudno sobie wyobrazić ile wysiłku kosztowało wydobycie z błota ciągnika, którego masa wynosiła 9 ton.

Znaleziska tego typu nie należą do odosobnionych przypadków. Wraki czołgów, będących świadkami ostatnich wojen, od lat czekają na odkopanie. Jeden z nich ujrzał światło dzienne w kwietniu 2011 r. Na byłym lotnisku w Kluczewie (woj. zachodniopomorskie) jeden z okolicznych mieszkańców zauważył jak grupa złomiarzy wykopuje z ziemi fragmenty gąsienic i sprzedaje jest do skupu złomu. Kiedy na miejsce przybyła ekipa archeologów i zaczęła kopać, okazało się, że odkryto niemiecki czołg Panzerkampfwagen IV, wykorzystywany przez Niemców w czasie okupacji. Również w tym przypadku okazał się unikatem, bo to jedyny taki egzemplarz w Polsce.

Oczywiście nie każdy kto chodzi z wykrywaczem metalu znajduje od razu czołg, a wręcz szansa na to jest raczej nikła. Doświadczony poszukiwacz nie wraca jednak z pustymi rękami.

– Najczęściej są to stare monety, fragmenty biżuterii lub umundurowania sprzed lat, choć zdarzają się i drobne części uzbrojenia. Oczywiście nie jest tak, że z każdej wyprawy wracam z pełnym plecakiem znalezisk. Jest to raczej zajęcie dla osób cierpliwych. Zanim wyruszę w trasę, dokładnie studiuję dany obszar pod względem historycznym. To czy w okolicy miała miejsce jakaś bitwa, albo znajdowało się niegdyś targowisko lub karczma, ma zasadnicze znaczenie dla poszukiwań – mówi Bartek z Warszawy, który z wykrywaczem chodzi od 6 lat. Nazwiska jednak nie poda, bo jak sam twierdzi, polskie prawo gnębi poszukiwaczy-amatorów.

Regulacje prawne

To fakt. Poszukiwacz z wykrywaczem metalu nie kojarzy się w Polsce dobrze. Utożsamiany jest często z grabieżcą, który chodzi po obcym polu i szuka nie wiadomo czego. Największą alergię na tego typu pasjonatów mają jednak archeolodzy. Ich zdaniem są prawdziwym zagrożeniem dla dziedzictwa narodowego. Rozkopują stanowiska i niszczą bezpowrotnie kontekst środowiskowy, bez którego znalezisko traci na wartości. Problem jednak w tym, że państwo nie zawsze potrafi docenić uczciwych hobbystów, a wszystkich wrzuca się do jednego worka z szabrownikami, którzy nocą rozkopują stare kurhany. O regulację prawną zapytaliśmy więc Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Podstawowe pytanie brzmi - Czy można w Polsce na własną rękę poszukiwać skarbów za pomocą wykrywacza metalu? Oto odpowiedź jaką otrzymaliśmy.

Kwestie dotyczące poszukiwania skarbów i tzw. „poszukiwaczy skarbów” regulują przepisy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami oraz innych ustaw oraz rozporządzenie Ministra Kultury z dnia 9 czerwca 2004 r. w sprawie prowadzenia prac konserwatorskich, restauratorskich, robót budowlanych, badań konserwatorskich i architektonicznych, a także innych działań przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków oraz badań archeologicznych i poszukiwań ukrytych lub porzuconych zabytków ruchomych.

Przepisy ustawy o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami nie wykluczają prowadzenia poszukiwań przy użyciu sprzętu elektronicznego, w tym wykrywaczy metali. Osoba, która chce takie poszukiwania prowadzić musi jednak spełnić określone warunki, przede wszystkim uzyskać pozwolenie wojewódzkiego konserwatora zabytków. Konieczność uzyskania takiego pozwolenia ma między innymi na celu wykluczenie możliwości prowadzenia poszukiwań na terenach zabytków archeologicznych. Do wniosku o wydanie pozwolenia należy dołączyć zgodę właściciela terenu przyszłych poszukiwać, gdyż ich prowadzenie bez takiej zgody naruszałoby konstytucyjną zasadę poszanowania własności. Pozwolenie na prowadzenie poszukiwań ukrytych lub porzuconych zabytków może określać warunki które zapobiegną uszkodzeniu lub zniszczeniu zabytku.

W przypadkach, kiedy tzw. „poszukiwacze skarbów” prowadzą poszukiwania bez wymaganego pozwolenia, popełniają przestępstwo. Każde takie działanie, jeśli zostanie wykryte, jest natychmiast zgłaszane do prokuratury. Prowadzenie takiej działalności bez pozwolenia wojewódzkiego konserwatora zabytków jest zdecydowanie szkodliwe, może prowadzić do uszkodzenia zabytków, zacierania śladów cennych dla badaczy i archeologów. Jednocześnie informujemy, że osobom, które odkryły bądź przypadkowo znalazły zabytek archeologiczny, przysługuje nagroda przyznawana przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W myśl przepisów „przedmioty będące zabytkami archeologicznymi odkrytymi, przypadkowo znalezionymi albo pozyskanymi w wyniku badań archeologicznych, stanowią własność Skarbu Państwa”. W przypadku zawłaszczenia takiego przedmiotu, zniszczenia lub uszkodzenia osobie, która dokonała takiego czynu może grozić odpowiedzialność karna.

Szukać tak, by niczego nie znaleźć

Przy tej okazji warto więc wyjaśnić kilka kwestii. Można w Polsce szukać, ale trzeba mieć na to specjalne pozwolenie wojewódzkiego konserwatora zabytków (płatne). W większości przypadków, kiedy już znajdzie się coś historycznie ciekawego, należy to zgłosić i oddać, bo jako przedmiot o wartości zabytkowej należy do Skarbu Państwa. Problem w tym, że polskie prawo nie definiuje co to jest przedmiot o wartości zabytkowej (dla przykładu bardzo precyzyjni są pod tym względem Brytyjczycy. Na Wyspach przedmioty o wartości zabytkowej to przedmioty złote lub srebrne, zbiorowiska monet mające ponad 300 lat oraz prehistoryczne przedmioty z metalu). A kiedy nie ma precyzyjnego prawa, pozostaje szerokie pole do nadinterpretacji.

Oczywiście w przypadku cennego znaleziska należy nam się nagroda. Maksymalnie może to być 30-krotność średniego miesięcznego wynagrodzenia (kilkadziesiąt tysięcy złotych). W praktyce jednak, nagroda tej wysokości to rzadkość, a urzędnicy nie spieszą się z ich wypłacaniem. Warto jednak zaznaczyć, że nagroda dotyczy znalezienia czegoś przypadkowo. Za odkopanie skarbu z pomocą wykrywacza metalu nikt nie zapłaci. W tym przypadku znów warto się podeprzeć przykładem Wielkiej Brytanii, gdzie za skarb należący do Korony wypłaca się odszkodowanie równe jego wartości rynkowej. A czasem jest o co walczyć. W 2009 r. Terry Herbert, poszukiwacz amator, natrafił na polu Freda Johnsona w Staffordshire na 1800 przedmiotów ze srebra (2,5 kg), złota (5 kg) i kamieni szlachetnych. Natychmiast zgłosił to archeologom. Prasa okrzyknęła odkrycie największym skarbem anglosaskim (VII-IX w.) kiedykolwiek znalezionym na Wyspach. Znalazca i właściciel ziemi podzielili się nagrodą w wysokości prawie 3,3 mln funtów.

Czasem należy jednak uważać, by nie wbijać łopaty zbyt mocno. Może się bowiem okazać, że w ziemi zalega jakiś niewybuch. Teoretycznie rozminowywanie Polski po II wojnie światowej trwało dwanaście lat. W 1957 roku kraj uznano za wolny od niewypałów i niewybuchów. W praktyce jednak co chwila słyszymy o odnalezionych bombach, minach, czy granatach, których znaleziska towarzyszą najczęściej remontom, czy przebudowie dróg. Rekordowy pod tym względem był rok 2005, kiedy to w całym kraju znaleziono w sumie 1,2 mln sztuk amunicji, w tym ponad 100 tysięcy szczególnie niebezpiecznych.

Nie ma zgody, jak radzić sobie z hobbystami, którzy spacerują z wykrywaczami metalu. Sądzą po ilości wydawanych zezwoleń (od kilkunastu do kilkudziesięciu rocznie) tylko niewielki procent z nich fatyguje się, by zalegalizować swoje poszukiwania. A za nielegalne poszukiwania grozi kara. Co dokładnie? Grzywna, ograniczenie wolności lub więzienie, nawet do 5 lat. Poza tym, naturalnie, przepadek znalezionych przedmiotów. A także, co może być szczególnie bolesne, sprzętu służącego do ich wykrywania. Sami specjaliści mają często odmienne zdania. Jedni chcieli by ich tępić, inni obłaskawiać, a jeszcze inni zachęcać do współpracy. Jedno w tym przypadku jest pewne. Bez zmiany prawa jeszcze długo nic się nie zmieni."


8 PAŹ 12 13:49 , KAMIL NADOLSKI | ONET